poniedziałek, 23 listopada 2015

Grupa



            Paplanina. Długa, bezsensowna przemowa, chwaląca wszystkich i nikogo. Ludzie siedzący za drogimi biurkami, którzy przesuwają pionkami na planszy w grze, w której nie ma zasad. Nikt nie może wygrać, ani przegrać, a każdy zbity pionek jest zastępowany nowym. Obie strony oszukują, jak mogą, o ile można to robić, gdy reguły nie istnieją.
            - ... kolejne zwycięstwo!
            Bzdura. To tylko kolejny początek końca. Wysuwamy się na prowadzenie, gdy innym powinie się noga. Dlatego nie można pozwolić sobie na chwilę zwątpienia, czy opuszczenie gardy.
            Stoję pośród szarych żuczków, utożsamiając się z nimi. Postępują bezmyślnie, ślepo wierząc w słuszność decyzji przełożonych. Zaczynają klaskać, gdy prezes kończy swoją mowę. Tylko ja stoję niewzruszona, sztywna niczym zimny posąg. Owacje cichną i wszyscy wychodzą. Wolno i bez przekonania idę do jednej z sal. W środku czekają na mnie cztery nowe twarze.
            - Nazywam się Robin. Od teraz będę waszym dowódcą. - Mam chłodny i opanowany głos. - Chciałabym, żebyśmy się ze sobą zapoznali. Komunikacja to podstawa współpracy. Od jutra zaczniemy patrole magazynów w północnej części miasta. Mamy współpracować z inną grupą, której dane zostały wam wcześniej przekazane. Zostały nam przydzielone nocne służby przez co najmniej najbliższy miesiąc, dlatego proszę, abyście przeznaczali większość dnia na odpoczynek. Zwartość i gotowość do akcji jest niezbędna, zwłaszcza w nocy. Nigdy nie wiadomo, co może się wydarzyć. Teraz oddaję wam głos. Niech każdy z was się przedstawi. - Uśmiechnęłam się subtelnie, by wzbudzić ich zaufanie.
            Zapamiętałam imiona czterech młodych mężczyzn, którzy nie wyglądali na przekonanych co do moich zdolności. Jeszcze nie tak dawno temu rzuciłabym im wyzwanie, aby udowodnić, iż jestem od nich lepsza, ale nie czułam takiej potrzeby. Rozeszliśmy się, każdy w swoją stronę. Mój pokój z szarymi ścianami oraz meblami wyglądał tak samo przygnębiająco, jak go zapamiętałam. Usiadłam na parapecie, wpatrując się w zespół budynków, gdy nagle ktoś wszedł go środka. Znajoma dłoń spoczęła na moim ramieniu.
            - Co jest Robin? Chodzi o... - Urwał, a ja milczałam. Nawet nie zerknęłam na Kołka, uparcie wbijając wzrok w przestrzeń za szkłem. Złapał moją rękę, wkładając w nią białą kopertę. - Jesteś tą samą, zagubioną w sobie dziewczyną, ale tym razem już znasz otaczający cie świat. Wiem, że wykorzystasz tę wiedzę. - Pogłaskawszy mnie po głowie, odszedł.
            Dom? Nie mogłam się do tego przyzwyczaić. Walczyłam, żeby tu wrócić, ale już nie chciałam tu być. Odechciało mi się zemsty. Odechciało mi się zbierania wszystkich. Nie tutaj. To już nie był ten sam dom. Pełno nowych twarzy, suche rozkazy... Coś kuło mnie w serce, gdy widziałam tych wszystkich dogadujących się ze sobą żółtodziobów, myślących, że są w stanie osiągnąć wszystko. Miałam ochotę krzyknąć "gówno prawda", ale i tak nikt by się tym nie przejął. Brakowało mi Max'a z jego głupimi dowcipami, Jacob'a, który traktował mnie jak młodszą siostrę, ale przede wszystkim usychałam z tęsknoty za Shade'em. Bo tylko on rozumiał czego tak na prawdę się bałam, on wiedział wszystko.
            Następnego dnia, jeszcze przed południem poszłam do gabinetu dyrektora grup 1-12, generała Frank'a Dixon'a, by odebrać swoje zezwolenie na broń, a z tym świstkiem papieru udałam się do zbrojowni naszego wydziału. Po przekroczeniu progu, zza lady wyskoczył szczerzący się, ciemnowłosy mężczyzna, o atletycznej budowie ciała. Zakleszczył mnie w swoim niedźwiedzim uścisku.
            - Dawnośmy się nie widzieli Rob.
            Coś we mnie pękło. Łzy potoczyły się cienkimi strużkami. Zaczął głaskać moje włosy i robił tak, dopóki się nie uspokoiłam.
            - Robin. - Złapał mnie za brodę, patrząc mi prosto w oczy. - Przeczytaj ten list. - Zabrał moje zezwolenie, które kurczowo ściskałam. Poszedł w głąb pomieszczenia i wrócił z dwoma glockami, szelkami na broń i paskiem obładowanym zapasową amunicją. - A teraz leć na piątkę. Te wymoczki chcą cie sprawdzić. Wiem, że ci się nie chce, ale ugadali się już z dyrciem.
            Zrobiłam, jak powiedział - poszłam na strzelnicę. Zatrzymałam się jednak przed drzwiami. Strzelnica numer pięć różniła się od normalnych, gdyż tylko na niej nie strzelało się do tarcz, a do żywych celów. Obowiązywały tu specjalne naboje z farbą. Sprawdziłam pistolety i naboje, które dał mi Lewus. Wiedział, że tu pójdę, a to oznaczało, że będę musiała iść później do niego, po ostre naboje.
            Nadstawiłam ucho. Grali nieczysto. Byli już poukrywani za filarami, murkami, czy innymi dodatkowymi gratami. Wnętrze przypominało duże, w połowie puste wysypisko śmieci. Nie mogłam wejść od razu się gdzieś chowając, gdyż nie zrobiłoby to na nich żadnego wrażenia. Jestem na wyższym poziomie niż oni, więc sama przed sobą bym się wstydziła, gdybym tak zrobiła. Otworzyłam drzwi, wchodząc tak, jak weszłam wczoraj do sali, z tą różnicą, iż zatrzasnęłam za sobą drzwi. Zrobiłam cztery kroki i usłyszałam ruch z prawej strony z tyłu. Przy piątym kroku wyciągnęłam pistolety, odwracając się twarzą do jednego z czterech celów. Odchyliłam plecy, stawiając nogę w tył i obniżając środek ciężkości. Lewą rękę wyciągnęłam w stronę, w którą patrzyłam, prawą celując w mężczyznę, chowającego się z drugiej strony za murkiem. Pociągnęłam za spusty. Jeden pocisk przeleciał nad moją głową, drugi tuż przed moim nosem. Cel spod lewej ręki wyeliminowany, ale drugi tylko draśnięty. Puściłam się biegiem wgłąb strzelnicy, przyspieszając i zwalniając, bez wpadania w żaden rytm, by utrudnić trafienie mnie. Słyszałam szepty i trzeszczenia krótkofalówek. Wślizgnęłam się pod starego jeepa, mając pewność, iż stracili mnie z oczu.
            - Matis odpadł... Kim ona jest?
            - Spokojnie. Robi tu trochę dłużej, ale nas jest więcej. Nie da sobie rady.
            Jeden z nich zmierzał w moją stronę, depcząc po dachach ledwo stojących budynków. Przygotowawszy się do szybkiej zmiany kryjówki, wymierzyłam i oddałam celny strzał. Farba rozbryznęła się na środku jego czoła.
            - Martwy! - Zawołał, podnosząc rękę.
            Czmychnęłam spod samochodu. Przebiegając między górą złomu i murkiem oddałam strzał do mierzącego już do mnie faceta. Nabój trafił w klatkę piersiową, zostawiając tam wielką plamę. Trzech z głowy, został jeszcze jeden. Wskoczyłam przed okno do budynku. Wbijając się w kąt przy wyjściu, szukałam go w tym wielkim hangarze. Potrzebowałam jego jednego błędu, aby zakończyć to jak najszybciej. Choć najdrobniejszy szmer. Gdzieś od strony wejścia na strzelnicę potoczył się kamyczek. Uśmiechnęłam się do siebie pod nosem. Wybiegłam, strzelając trzy razy w przeciwnym kierunku i tak czwarty cel został zestrzelony, a był nim mężczyzna już wcześniej przeze mnie postrzelony.
            - Skąd... Jak... - Dukał zaskoczony.
            - Doświadczenie i talent. Nic nie bierze się z niczego. Wolałabym mieć wasze zaufanie i nie być wystawiana na próbę. Mam nadzieję, że teraz jest dla was jasne, czemu mogę pełnić rolę dowódcy. Pytania?
            - Nauczysz nas tych sztuczek? - Jeden z nich był widocznie podekscytowany całym zdarzeniem. To ten zestrzelony na dachu.
            - Sztuczek? Nie używałam żadnych. To kwestia koncentracji, zaufania do własnych zmysłów oraz znajomość swojego ciała. Jesteście żołnierzami SOFTSu, więc jeśli jeszcze tego nie umiecie, albo niebawem to opanujecie, albo zginiecie i zostaniecie zastąpieni. - Mój lodowaty ton nawet u mnie wywołał nieprzyjemny dreszcz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz