poniedziałek, 9 listopada 2015

Szczerość



            Szlag trafił moje opanowanie. Uderzyłam go z pięści w twarz, obróciłam się na pięcie i wyszłam stawiając kroki z taką siłą, że gdybym nie była człowiekiem, w ziemi pozostawiałabym ogromne dziury. Wsiadłam do samochodu. Chciałam odjechać zostawiając ich, ale wtedy powrócił do mnie mój zdrowy rozsądek, opierdalając mnie z góry na dół, przypominając mi o moim życiowym priorytecie. Wkurwiona do granic wytrzymałości, uderzyłam dłońmi o kierownicę. Przekręciłam kluczyć w stacyjce i bawiłam się rykiem silnika, mając nadzieję na uspokojenie swoich nerwów. Otworzyłam okna.
            - Wsiadać! - Warknęłam, gdy Jacob był już wystarczająco blisko.
            Jake siedział po mojej lewej, a Max po prawej. Ruszyłam gwałtownie, koła zaboksowały. Nie przejmując się ruchem, wjechałam na drogę. Usłyszałam za sobą trąbienie rozgniewanego kierowcy. Roześmiana włączyłam radio, aby zagłuszyć ciszę. Muzyka wpasowała się w ryk McLarena. Zmarszczyłam oczy, z uśmiechem, pogłaskałam kierownicę. Docisnęłam pedał gazu, sprzęgło, bieg, gaz, sprzęgło, bieg, gaz, aż doszłam do szóstki. Zegar już dawno przekroczył trzysta, ale to nie miało znaczenia. Droga była prawie pusta, zgrabnie manewrowałam między pasami, omijając pojedyncze samochody. Na autostradzie odetchnęłam kilka razy głęboko, po czym ściszyłam muzykę.
            - Przepraszam. - Uprzedził mnie Jacob. - Nie powinienem... Nie wiem, co mnie ugryzło.
            - Nie gadajmy już o tym.
            - Coś się...
            - Nie! - Warknęliśmy wspólnie z Jake'em.
            Zwolniłam przed wjazdem do Chicago, wyklepując numer do Kołka. Ociągał się z odebraniem, ale nie powinnam się dziwić - był środek nocy.
            - Chicago.
            ~ Miło słyszeć, że żyjesz.
            - Nie pierdol!
            ~ Luz. Już szukam.
            Odczekałam chwilę, słysząc w tle, jak siada na swoim fotelu na kółkach i przejeżdża przez pół pokoju, dopadając komputer. Uderzał w klawiaturę z szaloną prędkością, przeglądając setki danych na sekundę selekcjonując je z niebywałą precyzją.
            ~ Strategic Hotel Capital 200 West Madison Street.
            - Dzięki.
            ~ Trzymaj się Rob. Widzimy się na piwie.
            Wzięłam osobny pokój. Rozeszliśmy się nie zamieniając ze sobą ani jednego słowa. Po długim, lodowatym prysznicu wskoczyłam do łóżka. Zasypiając, doszłam do wniosku, że chcąc, nie chcąc, będę musiała wybrać się na zakupy. Na liście znalazły się rękawiczki, bluza z kapturem, dopasowane, nieszeleszczące spodnie, mały plecak i gumka do włosów.
            Obudziłam się po zaledwie czterech godzinach snu, klnąc na swoją bezsenność. Ubrałam się, zabrałam ze sobą wszystkie swoje rzeczy (to jest telefon Max'a, karta kredytowa, glock i kluczyki od samochodu). Wychodząc, zapytałam panią w recepcji o najbliższy sklep odzieżowy, a ona wskazała mi duże centrum handlowe, gdzie mogłam znaleźć wszystko, czego tylko dusza zapragnie. Po szybkim zakupie ciuchów, dorwałam jakiś plecak w sportowym. Kierując się w stronę parkingu w oczy rzuciła mi się kawiarnia i sklep z akcesoriami do włosów. Kupiłam gumkę i skoczyłam jeszcze po dużą americane na wynos.
            - Co jest? - Odebrałam telefon, zanim zdążyłam wrócić do hotelu.
            ~ Gdzie jesteś? - Wyczułam strach w głosie Jake'a.
            - Na parkingu. Wracam z zakupów. - Wypuścił głośno powietrze. - Nie mów mi, że myślałeś, że ucieknę? Wkurzyłeś mnie wczoraj, ale to chyba oczywiste. Kto by się nie wkurwił...
            ~ Przepraszam... Naprawdę mi przykro... Max jeszcze śpi, pogadamy gdzieś w cztery oczy?
            - Wyjdź, czekam w samochodzie. - Rozłączyłam się, nie czekając na odpowiedź.
            Pojechaliśmy na jakiś parking, uznałam, że rozmowa w samochodzie wystarczy. Odwróciłam się w jego stronę. Wiercił się w fotelu jak dziecko, które bało się przyznać, że coś zbroiło. W końcu podniósł na mnie oczy.
            - Max ci coś naopowiadał, prawda?
            Wytrzeszczyłam oczy, zastanawiając się, jaki to ma związek z tym, co niedawno się między nami wydarzyło. Miałam wrażenie, że wyrwano nas z dwóch różnych bajek i dlatego nie rozumiem jego pytania.
            - Chodzi o to, że... Ja... Lubię cie, Robin... ale jak siostrę...
            Wysiadłam z samochodu, czując nagłą potrzebę zapalenia. Powoli wypuszczając z płuc dymek, roześmiałam się. Ogarnęła mnie ulga. Jacob wysiadł za mną, przyglądają mi się z zaskoczeniem wymalowanym na jego twarzy. Widząc zmarszczkę na jego czole, nie mogłam się powstrzymać i przytuliłam go.
            - Coś...
            - Dziękuję. - Wymknęło się z moich ust. - Cieszę się.
            Uśmiechnęłam się do niego szczerze, moja niechęć do niego ulotniła się, jakby nigdy nie istniała.
            - Dlatego dopytywałem o Shade'a... Wygląda jak typ spod ciemnej gwiazdy i...
            - Kocham go. - Odpowiedziałam, czując, że mogę być z nim szczera.
            Zmarszczył brwi, wywrócił oczami i westchnął.
            - Powinnaś na niego uważać. - Skinęłam. - Wracajmy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz