Szlag
trafił moje opanowanie. Uderzyłam go z pięści w twarz, obróciłam się na pięcie
i wyszłam stawiając kroki z taką siłą, że gdybym nie była człowiekiem, w ziemi
pozostawiałabym ogromne dziury. Wsiadłam do samochodu. Chciałam odjechać
zostawiając ich, ale wtedy powrócił do mnie mój zdrowy rozsądek, opierdalając
mnie z góry na dół, przypominając mi o moim życiowym priorytecie. Wkurwiona do
granic wytrzymałości, uderzyłam dłońmi o kierownicę. Przekręciłam kluczyć w
stacyjce i bawiłam się rykiem silnika, mając nadzieję na uspokojenie swoich
nerwów. Otworzyłam okna.
-
Wsiadać! - Warknęłam, gdy Jacob był już wystarczająco blisko.
Jake
siedział po mojej lewej, a Max po prawej. Ruszyłam gwałtownie, koła
zaboksowały. Nie przejmując się ruchem, wjechałam na drogę. Usłyszałam za sobą
trąbienie rozgniewanego kierowcy. Roześmiana włączyłam radio, aby zagłuszyć
ciszę. Muzyka wpasowała się w ryk McLarena. Zmarszczyłam oczy, z uśmiechem,
pogłaskałam kierownicę. Docisnęłam pedał gazu, sprzęgło, bieg, gaz, sprzęgło,
bieg, gaz, aż doszłam do szóstki. Zegar już dawno przekroczył trzysta, ale to
nie miało znaczenia. Droga była prawie pusta, zgrabnie manewrowałam między
pasami, omijając pojedyncze samochody. Na autostradzie odetchnęłam kilka razy
głęboko, po czym ściszyłam muzykę.
-
Przepraszam. - Uprzedził mnie Jacob. - Nie powinienem... Nie wiem, co mnie
ugryzło.
-
Nie gadajmy już o tym.
-
Coś się...
-
Nie! - Warknęliśmy wspólnie z Jake'em.
Zwolniłam
przed wjazdem do Chicago, wyklepując numer do Kołka. Ociągał się z odebraniem,
ale nie powinnam się dziwić - był środek nocy.
-
Chicago.
~
Miło słyszeć, że żyjesz.
-
Nie pierdol!
~
Luz. Już szukam.
Odczekałam
chwilę, słysząc w tle, jak siada na swoim fotelu na kółkach i przejeżdża przez
pół pokoju, dopadając komputer. Uderzał w klawiaturę z szaloną prędkością,
przeglądając setki danych na sekundę selekcjonując je z niebywałą precyzją.
~ Strategic Hotel Capital 200 West Madison
Street.
- Dzięki.
~
Trzymaj się Rob. Widzimy się na piwie.
Wzięłam
osobny pokój. Rozeszliśmy się nie zamieniając ze sobą ani jednego słowa. Po
długim, lodowatym prysznicu wskoczyłam do łóżka. Zasypiając, doszłam do wniosku,
że chcąc, nie chcąc, będę musiała wybrać się na zakupy. Na liście znalazły się
rękawiczki, bluza z kapturem, dopasowane, nieszeleszczące spodnie, mały plecak
i gumka do włosów.
Obudziłam
się po zaledwie czterech godzinach snu, klnąc na swoją bezsenność. Ubrałam się,
zabrałam ze sobą wszystkie swoje rzeczy (to jest telefon Max'a, karta
kredytowa, glock i kluczyki od samochodu). Wychodząc, zapytałam panią w
recepcji o najbliższy sklep odzieżowy, a ona wskazała mi duże centrum handlowe,
gdzie mogłam znaleźć wszystko, czego tylko dusza zapragnie. Po szybkim zakupie
ciuchów, dorwałam jakiś plecak w sportowym. Kierując się w stronę parkingu w
oczy rzuciła mi się kawiarnia i sklep z akcesoriami do włosów. Kupiłam gumkę i
skoczyłam jeszcze po dużą americane na wynos.
-
Co jest? - Odebrałam telefon, zanim zdążyłam wrócić do hotelu.
~
Gdzie jesteś? - Wyczułam strach w głosie Jake'a.
-
Na parkingu. Wracam z zakupów. - Wypuścił głośno powietrze. - Nie mów mi, że
myślałeś, że ucieknę? Wkurzyłeś mnie wczoraj, ale to chyba oczywiste. Kto by
się nie wkurwił...
~
Przepraszam... Naprawdę mi przykro... Max jeszcze śpi, pogadamy gdzieś w cztery
oczy?
-
Wyjdź, czekam w samochodzie. - Rozłączyłam się, nie czekając na odpowiedź.
Pojechaliśmy
na jakiś parking, uznałam, że rozmowa w samochodzie wystarczy. Odwróciłam się w
jego stronę. Wiercił się w fotelu jak dziecko, które bało się przyznać, że coś
zbroiło. W końcu podniósł na mnie oczy.
-
Max ci coś naopowiadał, prawda?
Wytrzeszczyłam
oczy, zastanawiając się, jaki to ma związek z tym, co niedawno się między nami
wydarzyło. Miałam wrażenie, że wyrwano nas z dwóch różnych bajek i dlatego nie
rozumiem jego pytania.
-
Chodzi o to, że... Ja... Lubię cie, Robin... ale jak siostrę...
Wysiadłam
z samochodu, czując nagłą potrzebę zapalenia. Powoli wypuszczając z płuc dymek,
roześmiałam się. Ogarnęła mnie ulga. Jacob wysiadł za mną, przyglądają mi się z
zaskoczeniem wymalowanym na jego twarzy. Widząc zmarszczkę na jego czole, nie
mogłam się powstrzymać i przytuliłam go.
-
Coś...
-
Dziękuję. - Wymknęło się z moich ust. - Cieszę się.
Uśmiechnęłam
się do niego szczerze, moja niechęć do niego ulotniła się, jakby nigdy nie
istniała.
-
Dlatego dopytywałem o Shade'a... Wygląda jak typ spod ciemnej gwiazdy i...
-
Kocham go. - Odpowiedziałam, czując, że mogę być z nim szczera.
Zmarszczył
brwi, wywrócił oczami i westchnął.
-
Powinnaś na niego uważać. - Skinęłam. - Wracajmy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz