poniedziałek, 16 listopada 2015

Pożegnanie


            Spotkaliśmy spanikowanego Max'a, rozmawiającego z panią w recepcji. Uspokajała go, ale bezskutecznie. Odetchnął z ulgą dopiero, gdy nas zobaczył. Poszliśmy do ich pokoju, żeby omówić jakiś plan działania. Tym razem nie chciałam się wychylać.
            Jacob od razu po wejściu do pokoju, położył się na podłodze przy łóżku i wyciągnął spod niego czarną torbę.
            - Co to?
            - Nie tylko ty masz znajomości. - Uśmiechnął się do mnie Jake. - W nocy spotkałem się ze starym przyjacielem i udało mi się zdobyć kilka cacuszek.
            - Mamy jakiś plan? - Zaczął rzeczowo Max.
            - Najpierw trzeba sprawdzić czy rzeczywiście mieszka tam, gdzie podali. - Wtrąciłam.
            - Co masz na myśli?
            - Tamten facet był  w Detroit i pomieszkiwał w hotelu. Nie mamy pewności, czy ona nie jest teraz w innym miejscu.
            - Masz. - Jacob dał mi laptopa. - Zostaniesz tutaj.
            - Ale...
            - Daj kluczyki Max'owi.
            Zrobiłam jak kazał. Wyszli zostawiając mnie w pokoju hotelowym. Chcąc się czymś zająć, odpaliłam komputer. Na pulpicie było niemal pusto, widniały tylko dwie ikonki - "mój komputer" i "kosz". W panelu startowym znalazłam ikonę przeglądarki. Uruchomiłam stronę z lokalnymi wiadomościami. Przeglądałam pobieżnie nagłówki artykułów. Jeden z nich przyciągnął moją uwagę, ale tylko ze względu na zdjęcie dołączone do niego, na którym szczerzył się ten szczupły mężczyzna w garniturze, który powierzył nam zadanie. Kliknęłam, by przeczytać więcej. W artykule wspomniano o wcześniejszych problemach w firmie produkującej gadżety dla pań domu, ale było to przyćmione bohaterstwem nijakiego James'a Tucci'ego. Pojawił się w firmie niespełna siedem miesięcy temu i wprowadził wiele diametralnych zmian, które postawiły firmę na nogi.
            Prychnęłam w ekran. Mężczyzna odmawia udzielania wywiadów, "uważając, że jego praca jest ważniejsza niż pogaduszki", ale prawda była taka, iż ten wywiad byłby jednym wielkim kłamstwem. Mogę się założyć, że te zabójstwa mają ogromny wpływ na rozwój tej firmy, ale oczywiście nikt nie może się o tym dowiedzieć.
            Od lektury oderwał mnie telefon.
            ~ Wrócimy za dwie godziny. Masz ochotę czegoś się napić?
            - Ha ha. - Zachichotałam do słuchawki. Lubiłam, gdy wszystko szło tak gładko. - Wolałabym... - Mój brzuch zaburczał potwierdzając to, co chciałam powiedzieć. - Wolałabym coś zjeść.
            ~ W takim razie zabieramy cie do porządnej restauracji.
            Miałam dwie godziny... ale nie miałam samochodu. Mogłam dalej siedzieć i przeglądać internet. Ponownie rzuciłam okiem na James'a. Pod wpływem chwili zadzwoniłam do Kołka.
            ~ Rob, nie powinnaś...
            - Przepraszam, ale trafił się jakiś podejrzany typ. James Tucci, nowy prezes "House Queen".
            Zastukał w klawiaturę, chwila ciszy, aż usłyszałam, jak głośno wciąga powietrze.
            ~ Skąd go wyciągnęłaś?
            - Jake i Max dla niego pracują.
            ~ Zadzwonię wieczorem.
            Rozłączył się, zostawiając mnie zdezorientowaną, bez jakiegokolwiek wyjaśnienia. Domyśliłam się, że jest pewnie zamieszany w wiele przekrętów i nie powinnam o nim wspominać przez telefon. Już pomijając fakt, że nie będzie dobrze, jeśli przełożeni dowiedzą się, że korzystałam z pomocy Kołka. Co prawda nie zabronili mi tego, ale z nimi nigdy nie można być niczego pewnym.
            Położyłam się na łóżku i zaplątałam w kołdrę. Uwalniając swoje myśli, odpłynęłam w objęciach Morfeusza.
            - Robin. - Obudził mnie szept Max'a.
            Zamruczałam, przewróciłam się na drugi bok, zaciągnęłam kołdrę na głowę, a wtedy duża dłoń chwyciła moje ramię i potrząsnęła nim delikatnie. Uniosłam powieki, odwróciłam się. Obok mnie siedział Max, a tuż za nim stał Jacob. Usiadłam z zadowoleniem goszczącym na mojej twarzy. Spałam prawie dwie godziny i czułam się w końcu wyspana.
            - Jedziemy na obiad w [...]. Jacob zajął nam stolik.
            - Żartujesz? - Zawołałam podekscytowana.
            Nigdy nie byłam w żadnej restauracji, a teraz miałam odwiedzić miejscówkę, w której  jadają bogate szychy, omawiające sprawy biznesowe, między innymi z dyrektorem SOFTS. Problem jednak tkwił w moim ubiorze. Z tego, co było mi wiadomo, nie wpuszczano tam ludzi, jeśli nie byli elegancko ubrani. W moim przypadku oznaczało to potrzebę zdobycia jakiejś sukienki.
            - To znaczy, że muszę...
            - Proszę. - Przerwał mi Jacob, podając papierową torbę. - Mam nadzieję, że wybrałem odpowiedni rozmiar.
            - Pf... Ty wybrałeś? A to dobre! - Oburzył się Max.
            Zabrałam torbę do łazienki. W środku była długa, granatowa suknia z wycięciem na plecach, ciągnącym się od ramion do talii. Znalazłam tam również buty na  obcasie...
            - Kurwa... - Wysyczałam, podnosząc je na wysokość oczu.
            Obcas nie był może zabójczo wąski, lecz jego wysokość z pewnością mogła stać się powodem mojej śmierci.
            Wsunęłam na siebie dopasowaną sukienkę, przeczesałam palcami włosy, stając przed lustrem. Nie wyglądałam najgorzej, ale myślę, że przydałby się jakiś makijaż... Aghr...  Przeklęte kosmetyki. Po co to zostało wynalezione? Mój poziom irytacji stopniowo wzrastał, by niemal sięgnąć zenitu, kiedy wcisnęłam na stopy szpilki. Jednak utrzymałam swoją złość na wodzy. Wróciłam do pokoju, starając się uśmiechnąć przyjacielsko. Obaj kompani prawie pogubili swoje szczęki na wykładzinie. Pierwszy odezwał się Max.
            - Wyglądasz świetnie.
            - Naprawdę tak uważasz? - Obaj pokiwali głowami. - A nie brakuje czegoś?
            - Daj spokój! Jest idealnie. Tylko jeszcze my się musimy przebrać i możemy jechać.
            Widząc Max'a i Jacob'a w smokingach, czułam się dość nieswojo. Jakby przenieśli mnie do filmu, do którego kompletnie nie pasowałam. To uczucie minęło, gdy zasiedliśmy we trójkę przy stoliku oddalonym od innych, a atmosfera stała się bardziej domowa, kiedy Max uniósł kieliszek wódki z okrzykiem "zdrowie!". Nie mając zielonego pojęcia, co zamówiłam i czym powinnam to jeść, śmiałam się z Jake'a, który męczył się ze ślimakami.
            - Więc to koniec? - Zapytał smętnie Max.
            Zapanowała istnie grobowa atmosfera. Nie poznawałam samej siebie. Poczułam się zagubiona. Brakowało mi powietrza. Wstałam od stołu, z zamiarem zrobienia tego, co było najłatwiejsze. Wyszłam na tyle szybkim krokiem, na jaki pozwalało mi niewygodne obuwie. Po wyjściu, zdjęłam szpilki, wrzuciłam je do kosza i pobiegłam do samochodu. Zanim zdążyła zastanowić się nad swoimi czynami, byłam już w połowie drogi do Detroit. Nie miałam przy sobie zupełnie nic. Ani fajek, ani telefonu, ani normalnych ubrań... Moja podświadomość działała mądrzej niż ja sama, kierując mnie do tamtego miasta. Kiedy dotrę do Shade'a, będę mogła skontaktować się z Kołkiem, który miał do mnie dzisiaj dzwonić.
            Wpadłam do warsztatu. W kanale, pod samochodem był Shade ze swoim pracownikiem.
            - Shade, telefon.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz