Spotkaliśmy
spanikowanego Max'a, rozmawiającego z panią w recepcji. Uspokajała go, ale
bezskutecznie. Odetchnął z ulgą dopiero, gdy nas zobaczył. Poszliśmy do ich
pokoju, żeby omówić jakiś plan działania. Tym razem nie chciałam się wychylać.
Jacob
od razu po wejściu do pokoju, położył się na podłodze przy łóżku i wyciągnął
spod niego czarną torbę.
-
Co to?
-
Nie tylko ty masz znajomości. - Uśmiechnął się do mnie Jake. - W nocy spotkałem
się ze starym przyjacielem i udało mi się zdobyć kilka cacuszek.
-
Mamy jakiś plan? - Zaczął rzeczowo Max.
-
Najpierw trzeba sprawdzić czy rzeczywiście mieszka tam, gdzie podali. -
Wtrąciłam.
-
Co masz na myśli?
-
Tamten facet był w Detroit i
pomieszkiwał w hotelu. Nie mamy pewności, czy ona nie jest teraz w innym
miejscu.
-
Masz. - Jacob dał mi laptopa. - Zostaniesz tutaj.
-
Ale...
-
Daj kluczyki Max'owi.
Zrobiłam
jak kazał. Wyszli zostawiając mnie w pokoju hotelowym. Chcąc się czymś zająć,
odpaliłam komputer. Na pulpicie było niemal pusto, widniały tylko dwie ikonki -
"mój komputer" i "kosz". W panelu startowym znalazłam ikonę
przeglądarki. Uruchomiłam stronę z lokalnymi wiadomościami. Przeglądałam
pobieżnie nagłówki artykułów. Jeden z nich przyciągnął moją uwagę, ale tylko ze
względu na zdjęcie dołączone do niego, na którym szczerzył się ten szczupły
mężczyzna w garniturze, który powierzył nam zadanie. Kliknęłam, by przeczytać
więcej. W artykule wspomniano o wcześniejszych problemach w firmie produkującej
gadżety dla pań domu, ale było to przyćmione bohaterstwem nijakiego James'a
Tucci'ego. Pojawił się w firmie niespełna siedem miesięcy temu i wprowadził
wiele diametralnych zmian, które postawiły firmę na nogi.
Prychnęłam
w ekran. Mężczyzna odmawia udzielania wywiadów, "uważając, że jego praca
jest ważniejsza niż pogaduszki", ale prawda była taka, iż ten wywiad byłby
jednym wielkim kłamstwem. Mogę się założyć, że te zabójstwa mają ogromny wpływ
na rozwój tej firmy, ale oczywiście nikt nie może się o tym dowiedzieć.
Od
lektury oderwał mnie telefon.
~
Wrócimy za dwie godziny. Masz ochotę czegoś się napić?
-
Ha ha. - Zachichotałam do słuchawki. Lubiłam, gdy wszystko szło tak gładko. -
Wolałabym... - Mój brzuch zaburczał potwierdzając to, co chciałam powiedzieć. -
Wolałabym coś zjeść.
~
W takim razie zabieramy cie do porządnej restauracji.
Miałam
dwie godziny... ale nie miałam samochodu. Mogłam dalej siedzieć i przeglądać
internet. Ponownie rzuciłam okiem na James'a. Pod wpływem chwili zadzwoniłam do
Kołka.
~
Rob, nie powinnaś...
-
Przepraszam, ale trafił się jakiś podejrzany typ. James Tucci, nowy prezes "House Queen".
Zastukał w klawiaturę, chwila
ciszy, aż usłyszałam, jak głośno wciąga powietrze.
~
Skąd go wyciągnęłaś?
-
Jake i Max dla niego pracują.
~
Zadzwonię wieczorem.
Rozłączył
się, zostawiając mnie zdezorientowaną, bez jakiegokolwiek wyjaśnienia.
Domyśliłam się, że jest pewnie zamieszany w wiele przekrętów i nie powinnam o
nim wspominać przez telefon. Już pomijając fakt, że nie będzie dobrze, jeśli
przełożeni dowiedzą się, że korzystałam z pomocy Kołka. Co prawda nie zabronili
mi tego, ale z nimi nigdy nie można być niczego pewnym.
Położyłam
się na łóżku i zaplątałam w kołdrę. Uwalniając swoje myśli, odpłynęłam w
objęciach Morfeusza.
-
Robin. - Obudził mnie szept Max'a.
Zamruczałam,
przewróciłam się na drugi bok, zaciągnęłam kołdrę na głowę, a wtedy duża dłoń
chwyciła moje ramię i potrząsnęła nim delikatnie. Uniosłam powieki, odwróciłam
się. Obok mnie siedział Max, a tuż za nim stał Jacob. Usiadłam z zadowoleniem
goszczącym na mojej twarzy. Spałam prawie dwie godziny i czułam się w końcu
wyspana.
-
Jedziemy na obiad w [...]. Jacob zajął nam stolik.
-
Żartujesz? - Zawołałam podekscytowana.
Nigdy
nie byłam w żadnej restauracji, a teraz miałam odwiedzić miejscówkę, w
której jadają bogate szychy, omawiające
sprawy biznesowe, między innymi z dyrektorem SOFTS. Problem jednak tkwił w moim
ubiorze. Z tego, co było mi wiadomo, nie wpuszczano tam ludzi, jeśli nie byli
elegancko ubrani. W moim przypadku oznaczało to potrzebę zdobycia jakiejś
sukienki.
-
To znaczy, że muszę...
-
Proszę. - Przerwał mi Jacob, podając papierową torbę. - Mam nadzieję, że
wybrałem odpowiedni rozmiar.
-
Pf... Ty wybrałeś? A to dobre! - Oburzył się Max.
Zabrałam
torbę do łazienki. W środku była długa, granatowa suknia z wycięciem na
plecach, ciągnącym się od ramion do talii. Znalazłam tam również buty na obcasie...
-
Kurwa... - Wysyczałam, podnosząc je na wysokość oczu.
Obcas
nie był może zabójczo wąski, lecz jego wysokość z pewnością mogła stać się
powodem mojej śmierci.
Wsunęłam
na siebie dopasowaną sukienkę, przeczesałam palcami włosy, stając przed
lustrem. Nie wyglądałam najgorzej, ale myślę, że przydałby się jakiś makijaż...
Aghr... Przeklęte kosmetyki. Po co to
zostało wynalezione? Mój poziom irytacji stopniowo wzrastał, by niemal sięgnąć
zenitu, kiedy wcisnęłam na stopy szpilki. Jednak utrzymałam swoją złość na
wodzy. Wróciłam do pokoju, starając się uśmiechnąć przyjacielsko. Obaj kompani
prawie pogubili swoje szczęki na wykładzinie. Pierwszy odezwał się Max.
-
Wyglądasz świetnie.
-
Naprawdę tak uważasz? - Obaj pokiwali głowami. - A nie brakuje czegoś?
-
Daj spokój! Jest idealnie. Tylko jeszcze my się musimy przebrać i możemy
jechać.
Widząc
Max'a i Jacob'a w smokingach, czułam się dość nieswojo. Jakby przenieśli mnie
do filmu, do którego kompletnie nie pasowałam. To uczucie minęło, gdy
zasiedliśmy we trójkę przy stoliku oddalonym od innych, a atmosfera stała się
bardziej domowa, kiedy Max uniósł kieliszek wódki z okrzykiem
"zdrowie!". Nie mając zielonego pojęcia, co zamówiłam i czym powinnam
to jeść, śmiałam się z Jake'a, który męczył się ze ślimakami.
-
Więc to koniec? - Zapytał smętnie Max.
Zapanowała
istnie grobowa atmosfera. Nie poznawałam samej siebie. Poczułam się zagubiona.
Brakowało mi powietrza. Wstałam od stołu, z zamiarem zrobienia tego, co było
najłatwiejsze. Wyszłam na tyle szybkim krokiem, na jaki pozwalało mi niewygodne
obuwie. Po wyjściu, zdjęłam szpilki, wrzuciłam je do kosza i pobiegłam do
samochodu. Zanim zdążyła zastanowić się nad swoimi czynami, byłam już w połowie
drogi do Detroit. Nie miałam przy sobie zupełnie nic. Ani fajek, ani telefonu,
ani normalnych ubrań... Moja podświadomość działała mądrzej niż ja sama,
kierując mnie do tamtego miasta. Kiedy dotrę do Shade'a, będę mogła
skontaktować się z Kołkiem, który miał do mnie dzisiaj dzwonić.
Wpadłam
do warsztatu. W kanale, pod samochodem był Shade ze swoim pracownikiem.
-
Shade, telefon.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz