poniedziałek, 26 października 2015

Zlecenie



            Zadowolona zakupami, co było niebywałą rzadkością, wróciłam do samochodu, w którym, ku mojemu zaskoczeniu, przebrałam się sprawnie i szybko. Nie mając więcej czasu do zmarnowania, pojechałam do motelu, gdzie czekali na mnie moi tymczasowi kompani. Zdążyłam wysiąść z samochodu, nim zobaczyłam, że stoją przy drzwiach wyjściowych budynku. Pomachałam do nich, uśmiechając się ze szczerym entuzjazmem. Już z oddali dało się zauważyć błysk w oku Max'a. Podbiegł do mnie jak podekscytowany dzieciak.
            - Skąd go masz!?
            - Nie jest za mały? - Próbował zabić jego radość, Jacob.
            - Ma trzy siedzenia. Dla naszej trójki, jak ulał. - Puściłam do niego oczko i na jego twarzy zabłąkał się cień uśmiechu.
            Fotel kierowcy znajdował się w środku i był wysunięty do przodu, dlatego nie mogłam patrzeć na pasażerów, ale ich obecność nie przeszkadzała mi przy wykonywaniu manewrów. Do baru nie było daleko, a my mieliśmy podobno jeszcze nieco czasu w nadmiarze, więc pozwoliłam sobie na mały pokaz. Nie szarżując jednak za dużo, dowiozłam nas na miejsce spotkania. Przed barem stała grupa palących i rozbawionych ludzi. Jeden z mężczyzn wydawał mi się znajomy. Przyjrzałam mu się uważniej, ale nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie wcześniej widziałam jego twarz.
            - Robin? - Jake złapał mnie za rękę.
            Przeniosłam wzrok na niego. Uniosłam ku górze kącik ust w marnej podróbce uśmiechu. Weszliśmy do środka, a on nie puszczał mojej ręki. Max szedł przed nami, każdy jego krok emanował pewnością siebie. Usiadł przy stoliku, gdzie siedziało dwóch mężczyzn koło czterdziestki, w idealnie skrojonych stalowych garniturach. Patrząc na ich twarze, moja podświadomość zaczęła wysyłać mi sygnały ostrzegawcze. Pierwszy, wyższy, szczupły, włosy miał w kolorze ciemnego blondu, na jego tęczówkach mieszała się zieleń z brązem, nos miał długi i wykrzywiony w taki sposób, że musiał być kiedyś złamany. Na dolnej wardze odznaczała się blada blizna, która rozciągnęła się w dziwaczny sposób, gdy się uśmiechnął. Drugi mężczyzna, niższy, łysy, niemal przesadnie umięśniony (zwłaszcza przy swoim wzroście), sprawiał wrażenie spiętego. Przyglądał mi się spode łba, nie zwracając uwagi na moich kolegów. Jacob zajął miejsce po środku kanapy, wciskając swojego przyjaciela pod ścianę. Przedstawił mnie uprzejmie, co zostało skwitowane przez pierwszego skinieniem głowy, podczas gdy drugi w dalszym ciągu nie akceptował mojej obecności.
            - Zależy nam na czasie. - Zaczął służbowym tonem szczupły facet. - Dwa obiekty. Tak, jak już wspominałem. - Odwrócił się, sięgając do aktówki, wyciągnął teczkę i podał ją Jacob'owi. - Zdjęcia i dane personalne. Ile potrzebujecie czasu?
            Jacob otworzył teczkę. Przyglądał się badawczo dwóm kartkom. Zerknęłam z ukosa, nie zmieniając swojej pozycji. Mężczyzna i kobieta, oboje w średnim wieku. Kobieta była średniego wzrostu z lekką nadwagą, włosy farbowała na rudo, mieszkała w dzielnicy Uptown w Chicago. Mężczyzna... To był ten sam, którego widziałam przed barem! I w dalszym ciągu wydawał mi się wyglądać znajomo. To na pewno on! Wysoki, wysportowany, brunet, piwne oczy, pieprzyk na prawym policzku, mieszkał również w Chicago, ale w Roseland.
            - Myślę, że tydzień wystarczy. - Podsumował spokojnie Jake.
            - Hm... Rozumiem, ale naprawdę zależy nam na czasie. Wie pan, czas to pieniądz, a w tym przypadku mowa o bardzo dużych pieniądzach. Nie dałoby się załatwić tego szybciej?
            Jacob zaczął na nowo wszystko przeliczać, przykładając rękę do brody.
            - Trzy dni. - Przerwałam ciszę. - Trzy dni i w mieście nie ma ani ich, ani nas.
            Mężczyzna klasnął w dłonie, podskakując z radości na siedzeniu.
            - Panna Robin już mi się podoba. Może byłaby pani zainteresowana dłuższą współpracą? Z pewnością coś się dla pani znajdzie. - Położył dłoń na stole, przesuwając ją w moją stronę.
            Uśmiechnęłam się uwodzicielsko, zgarniając włosy za ucho. Pochyliłam się ku niemu.
            - Proszę mi wybaczyć, ale jestem już zobowiązana, a nie lubię zrywać umów, przed upływem terminu. Jednak będę o panu pamiętać, gdy będę wolna. - Wymruczałam ostatnie zdanie, pozwalając by w moim głosie pobrzmiewała chrypka.
            Pożegnali się z nami, wymieniając uściski rąk każdy z każdym. Szczupły elegancik nie odrywał ode mnie wzroku, a z twarzy łysego zniknęła podejrzliwość. Zostaliśmy w barze we trójkę. Przesiadłam się na drugą stronę, robiąc miejsce chłopakom. Nie wyglądali na  zadowolonych z obrotu sprawy. Oparłam głowę o oparcie kanapy. Zamknęłam oczy, oczekując na zebranie ochrzanu od Jacob'a.
            - Jak mamy to zrobić w trzy dni? - Wyprostowałam się gwałtownie, przechylając głowę. Jego głos zabrzmiał niespodziewanie spokojnie. Zamrugałam kilkakrotnie, a on westchnął.
            - Nie jesteś wkurzony?
            - Może trochę... Ale to i tak nic nie da. Lepiej powiedz, jak wpadłaś na pomysł, że wyrobimy się w trzy dni?
            - Jeśli wskoczymy w samochód teraz, to będziemy na miejscu za dwie i pół, w porywie do trzech godzin. Plus! Jeden jest tutaj.
            Spojrzeli na mnie, wybałuszając w zdziwieniu oczy. Na ich twarzach było wypisane pytanie "skąd to wiesz?". Zachichotałam. Oparłam się łokciami o blat stołu, położyłam brodę na splecionych dłoniach, zerkając zalotnie na mężczyzn, mijających właśnie nasz stolik. Złapałam spojrzenie bruneta z Chicago. Przygryzłam dolną wargę, schodząc oczami w dół po jego sylwetce, by znów wrócić do jego oczu. Uśmiechnął się szelmowsko, idąc w głąb sali. Obejrzałam się, a kiedy usiedli kilka stolików dalej, zwróciłam się do swoich przyjaciół.
            - To był on. Widziałam go przed wejściem.
            - W takim razie nie jedziemy teraz? - Pokręciłam głową. Wyciągnęłam z kieszeni kluczyki samochodu. Popchnęłam je po stole, a one spadły na kolana Max'a.
            - Przestaw samochód tak, żeby stał po drugiej stronie Cass Ave. - Jake przesiadł się do mnie, a Max wyszedł bez słowa. - Musisz siedzieć od ściany. - Szepnęłam, przesuwając się po jego kolanach. - Wyjdę, kiedy Max, będzie wchodził. Posiedźcie tu trochę, ale nie zerkajcie na zegarek. Wypij kilka piw, Max niech weźmie kawę, albo dwie, później wyjdźcie i odjedźcie jakby nigdy nic. Zadzwonię po wszystkim.
            - Co planujesz?
            - Wykonanie połowy planu. Po tej sprawie pojedziemy do niej.
            - Panna Robin już mi się podoba. - Próbował udawać tamtego faceta w garniturze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz