niedziela, 11 października 2015

Bliskość cz.2



            Zbudził mnie brzdęk rozsypujących się gdzieś narzędzi. Chwilę po tym usłyszałam, jak Shade klnie cicho pod nosem. Otworzyłam zaspane jeszcze oczy, uśmiechając się na widok przystojnego mężczyzny, przy którego boku czułam się niewinna i bezpieczna. Przyłożyłam dłoń do jego policzka i cmoknęłam go w nos, zaskakując go tym, że już nie śpię.
            - Jak spałaś? - Zapytał niskim głosem, a moje ciało przeszył przyjemny dreszcz. Zamruczałam, przeciągając się.
            - Wyspałam się jak nigdy. Dziękuję.
            - Głodna?
            Już miałam odpowiedzieć, kiedy do sypialni wpadł jakiś mężczyzna. Spojrzałam na niego, zupełnie zdezorientowana. Był ubrany w jakieś robocze ciuchy brudne od smarów i olejów, podziurawione. Spodnie na szelkach miały sprany niebieski kolor, a pod nimi miał zwykły biały t-shirt. Z kieszeni spodni wystawała mi jakaś ścierka. Rozdziawił usta, przenosząc wzrok to na mnie, to na Shade'a.
            - Sz-szefie, klient. - Wydukał w końcu. - Jeden z...
            - Już idę. - Rzucił sucho Shade. Mężczyzna widocznie się rozluźnił. Z uśmiechem opuścił pokój. - Zaraz wrócę.
            - Usmażyć jajecznicę? - Zapytałam, gdy zwlekł się z łóżka.
            - Pewnie. - Mrugnął do mnie i zostałam sama.
            Odsunęłam kołdrę. Przerzuciłam nogi na podłogę, siadając i rozglądając się po sypialni, w poszukiwaniu ubrań. Wypatrzyłam pożyczony od Margot t-shirt i dresy. Ubrałam się po drodze.
            Szłam boso na palcach, nie mogąc przyzwyczaić się do zimnej podłogi. W kuchni była ona najzimniejsza. Przeklinałam kafelki, otwierając lodówkę. Wyciągnęłam z niej jajka, boczek, pomidory i żółty ser. Po przeszukaniu wszystkich szafek i szuflad, znalazłam olej, patelnię, nóż, deskę, widelce, talerze i nawet miskę do wybełtania jaj. Usadowiłam się na blacie, robiąc wszystko na siedząco. Dzięki temu machałam nogami w powietrzu, unikając kontaktu z zimnem. Kiedy nagrzałam patelnię i zaczęłam smażyć jajecznicę, do kuchni wszedł mężczyzna, który wcześniej wywołał Shade'a.
            - Przyniosłem kawę. - Rzucił, pokazując mi reklamówkę. - Szef mówił, że mu się skończyła i trzeba kupić.
            - Dzięki. - Uśmiechnęłam się. - Napijesz się? - Zapytałam, wstawiając wodę, a następnie wyjmując kubki z szafki nad moją głową.
            - No pewnie! - Zawołał radośnie. - Pani jest tą jedyną, prawda? Szef często o pani wspomina. - Uśmiechał się jak dziecko, siadając przy stole.
            - Tą jedyną? - Nie ukrywałam zdziwienia.
            - Szef nigdy nie sprowadzał do siebie żadnych kobiet i kiedyś... To trochę głupie, ale byłem ciekawy dlaczego, wtedy powiedział, że czeka na kobietę, która skradła jego serce i jest tą jedyną. - Czułam jak na moich ustach maluje się uśmiech, a oczy wypełniają się łzami. Nigdy nie przyszłoby mi na myśl, że Shade może żywić do mnie takie uczucia.
            - Co to za klient? - Zmieniłam temat, nie chcąc się rozkleić.
            - To... - Zawahał się. Zamknął oczy, pocierając ręką zmarszczone w zadumie czoło.
            - Wiem o jego interesach. - Wytłumaczyłam pospiesznie.
            - Och... - Wydusił z siebie, jakby to było coś oczywistego, o czym po prostu zapomniał. - Nie wiem kto to, ale zamawiał całkiem sporo. - Wzruszył ramionami.
            Zdążyłam zaparzyć trzy kawy i Shade do nas dołączył. Podszedł do mnie pospiesznie, przytulając i całując łapczywie. Nasze języki zatańczyły ze sobą, ale niezbyt długo. Odsunął się, muskając nosem mój nos. Pracownik zabrawszy kubek, wymknął się z mieszkania. Nałożyłam jajecznicę i usiedliśmy razem do stołu. Jedliśmy w ciszy napawając się swoją obecnością, aż w końcu słodka cisza została przerwana.
            - Jacob i Max wydają się być w porządku. - Spojrzałam na niego z ukosa, unosząc jedną brew. - Wytłumacz mi jak to ma wyglądać.
            - Mam się z nimi dogadać na tyle, żeby wyszło choć jedno ich zadanie... Zostały mi dwie próby. - Westchnął. - To nie moja wina! - Próbowałam się tłumaczyć, ale na widok jego kwaśnego uśmiechu, głos uwiązł mi w gardle.
            - Robin, przecież oboje wiemy, że nie jest ci łatwo współpracować z innymi. Swego czasu zaczęłaś nawet popadać w skrajność. - Przygryzłam dolną wargę, wbijając wzrok w talerz. - Czy chociaż z jednym jesteś w stanie rozmawiać spokojnie? - Skinęłam nieśmiało. - To już jakiś sukces! - Zawołał radośnie. - To pewnie nie jest Jacob, prawda? - Spojrzałam na niego, wybałuszając oczy. Skąd on to wiedział?
            Zaśmiał się, a ja westchnęłam. Wstałam, żeby posprzątać po śniadaniu. Kiedy zmywałam naczynia, podszedł do mnie, przytulając mnie od tyłu. Zakołysał się ze mną delikatnie na boki, opierając brodę na moim ramieniu. Odłożywszy na suszarkę ostatni talerz, chciałam odwrócić się do niego i pocałować, lecz nagle przypomniało mi się, że kazałam zadzwonić do siebie tym pacanom, ale przecież nie miałam telefonu.
            Jak na zawołanie zza drzwi wyłonił się pracownik Shade'a. Machając do nas.
            - Jakichś dwóch panów pani szuka.
            Wywróciłam oczami, a Shade zachichotał, grożąc mi teatralnie palcem. Wyszłam za mężczyzną, który zaprowadził mnie na dół do warsztatu. Czekał tam na mnie uśmiechnięty Max i poirytowany Jacob. Porzuciłam chęć warknięcia na niego. Przyjmując najłagodniejszy wyraz twarzy na jaki było mnie stać, zatrzymałam się przed nimi wyprostowana.
            - To jakie mamy plany? - Mój głos brzmiał obco. Był radosny i  miły.
            O ile Max'a widocznie ucieszyła moja przyjazna wymowa, o tyle Jake wyglądał na zagubionego. Zamrugał kilkakrotnie, szukając wytłumaczenia.
            - Mamy umówione spotkanie w barze u Peter'a. Dzwonili rano, żeby potwierdzić godzinę.
            - Możemy porozmawiać w innym miejscu? - Wyszeptał Jacob. Jego głos brzmiał całkiem zwyczajnie, bez żadnych negatywnych emocji. Uśmiechnęłam się do siebie w duchu, czując napływ pozytywnej energii.
            - Pewnie! - Zawołałam energicznie. - Tylko skoczę po buty. - Puściłam im oczko i pobiegłam na górę.
            Ledwie przekroczyłam próg mieszkania, a już wywróciłam oczami. Nie wierzyłam w to, z jaką łatwością udaję przed nimi kogoś, kim nie jestem. Shade zauważył, iż coś jest nie tak. Zagrodził mi wejście do sypialni, gdzie leżały buty.
            - Nie musisz się zmuszać do bycia miłą. Wystarczy, że będziesz pamiętać o przekazie informacji. Nie wszyscy, którzy ze sobą pracują, muszą się przyjaźnić, żeby dobrze wykonywać wspólne zadania.
            Spojrzałam na niego ze skamieniałą twarzą. Świdrującym wzrokiem zmusiłam go, by się przesunął. Założyłam buty i udałam się do wyjścia. Złapał mnie za przedramię, gdy rękę miałam już na klamce.
            - Kiedy cie zobaczę?
            Głos mu drżał, jak wtedy gdy żegnał się ze mną dwa lata temu. Łzy zebrały się w moich oczach. Wiedziałam, że nie dam rady wypowiedzieć choćby pół słowa, gdyż gardło miałam ściśnięte. Wstrzymałam oddech, by stłumić falę przybierającego na sile smutku. Zacisnęłam powieki i poczułam jak jego dłoń znika z mojego przedramienia, by ująć moją brodę. Jego usta zetknęły się z moimi. Rozchyliłam wargi, przyjmując jego słodki pocałunek.
            - Znajdź Melbę... - Odskoczyłam od jego pytania. - Jeśli ją wyrzucili, to pewnie potrzebuje wsparcia. - Pf! Mówię tak, jakbym ja go zupełnie nie potrzebowała. - Zakończę to zadanie najszybciej, jak się da, a później zbiorę wszystkich razem i będzie jak dawniej. - Uśmiechnęłam się krzywo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz