poniedziałek, 26 października 2015

Zlecenie



            Zadowolona zakupami, co było niebywałą rzadkością, wróciłam do samochodu, w którym, ku mojemu zaskoczeniu, przebrałam się sprawnie i szybko. Nie mając więcej czasu do zmarnowania, pojechałam do motelu, gdzie czekali na mnie moi tymczasowi kompani. Zdążyłam wysiąść z samochodu, nim zobaczyłam, że stoją przy drzwiach wyjściowych budynku. Pomachałam do nich, uśmiechając się ze szczerym entuzjazmem. Już z oddali dało się zauważyć błysk w oku Max'a. Podbiegł do mnie jak podekscytowany dzieciak.
            - Skąd go masz!?
            - Nie jest za mały? - Próbował zabić jego radość, Jacob.
            - Ma trzy siedzenia. Dla naszej trójki, jak ulał. - Puściłam do niego oczko i na jego twarzy zabłąkał się cień uśmiechu.
            Fotel kierowcy znajdował się w środku i był wysunięty do przodu, dlatego nie mogłam patrzeć na pasażerów, ale ich obecność nie przeszkadzała mi przy wykonywaniu manewrów. Do baru nie było daleko, a my mieliśmy podobno jeszcze nieco czasu w nadmiarze, więc pozwoliłam sobie na mały pokaz. Nie szarżując jednak za dużo, dowiozłam nas na miejsce spotkania. Przed barem stała grupa palących i rozbawionych ludzi. Jeden z mężczyzn wydawał mi się znajomy. Przyjrzałam mu się uważniej, ale nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie wcześniej widziałam jego twarz.
            - Robin? - Jake złapał mnie za rękę.
            Przeniosłam wzrok na niego. Uniosłam ku górze kącik ust w marnej podróbce uśmiechu. Weszliśmy do środka, a on nie puszczał mojej ręki. Max szedł przed nami, każdy jego krok emanował pewnością siebie. Usiadł przy stoliku, gdzie siedziało dwóch mężczyzn koło czterdziestki, w idealnie skrojonych stalowych garniturach. Patrząc na ich twarze, moja podświadomość zaczęła wysyłać mi sygnały ostrzegawcze. Pierwszy, wyższy, szczupły, włosy miał w kolorze ciemnego blondu, na jego tęczówkach mieszała się zieleń z brązem, nos miał długi i wykrzywiony w taki sposób, że musiał być kiedyś złamany. Na dolnej wardze odznaczała się blada blizna, która rozciągnęła się w dziwaczny sposób, gdy się uśmiechnął. Drugi mężczyzna, niższy, łysy, niemal przesadnie umięśniony (zwłaszcza przy swoim wzroście), sprawiał wrażenie spiętego. Przyglądał mi się spode łba, nie zwracając uwagi na moich kolegów. Jacob zajął miejsce po środku kanapy, wciskając swojego przyjaciela pod ścianę. Przedstawił mnie uprzejmie, co zostało skwitowane przez pierwszego skinieniem głowy, podczas gdy drugi w dalszym ciągu nie akceptował mojej obecności.
            - Zależy nam na czasie. - Zaczął służbowym tonem szczupły facet. - Dwa obiekty. Tak, jak już wspominałem. - Odwrócił się, sięgając do aktówki, wyciągnął teczkę i podał ją Jacob'owi. - Zdjęcia i dane personalne. Ile potrzebujecie czasu?
            Jacob otworzył teczkę. Przyglądał się badawczo dwóm kartkom. Zerknęłam z ukosa, nie zmieniając swojej pozycji. Mężczyzna i kobieta, oboje w średnim wieku. Kobieta była średniego wzrostu z lekką nadwagą, włosy farbowała na rudo, mieszkała w dzielnicy Uptown w Chicago. Mężczyzna... To był ten sam, którego widziałam przed barem! I w dalszym ciągu wydawał mi się wyglądać znajomo. To na pewno on! Wysoki, wysportowany, brunet, piwne oczy, pieprzyk na prawym policzku, mieszkał również w Chicago, ale w Roseland.
            - Myślę, że tydzień wystarczy. - Podsumował spokojnie Jake.
            - Hm... Rozumiem, ale naprawdę zależy nam na czasie. Wie pan, czas to pieniądz, a w tym przypadku mowa o bardzo dużych pieniądzach. Nie dałoby się załatwić tego szybciej?
            Jacob zaczął na nowo wszystko przeliczać, przykładając rękę do brody.
            - Trzy dni. - Przerwałam ciszę. - Trzy dni i w mieście nie ma ani ich, ani nas.
            Mężczyzna klasnął w dłonie, podskakując z radości na siedzeniu.
            - Panna Robin już mi się podoba. Może byłaby pani zainteresowana dłuższą współpracą? Z pewnością coś się dla pani znajdzie. - Położył dłoń na stole, przesuwając ją w moją stronę.
            Uśmiechnęłam się uwodzicielsko, zgarniając włosy za ucho. Pochyliłam się ku niemu.
            - Proszę mi wybaczyć, ale jestem już zobowiązana, a nie lubię zrywać umów, przed upływem terminu. Jednak będę o panu pamiętać, gdy będę wolna. - Wymruczałam ostatnie zdanie, pozwalając by w moim głosie pobrzmiewała chrypka.
            Pożegnali się z nami, wymieniając uściski rąk każdy z każdym. Szczupły elegancik nie odrywał ode mnie wzroku, a z twarzy łysego zniknęła podejrzliwość. Zostaliśmy w barze we trójkę. Przesiadłam się na drugą stronę, robiąc miejsce chłopakom. Nie wyglądali na  zadowolonych z obrotu sprawy. Oparłam głowę o oparcie kanapy. Zamknęłam oczy, oczekując na zebranie ochrzanu od Jacob'a.
            - Jak mamy to zrobić w trzy dni? - Wyprostowałam się gwałtownie, przechylając głowę. Jego głos zabrzmiał niespodziewanie spokojnie. Zamrugałam kilkakrotnie, a on westchnął.
            - Nie jesteś wkurzony?
            - Może trochę... Ale to i tak nic nie da. Lepiej powiedz, jak wpadłaś na pomysł, że wyrobimy się w trzy dni?
            - Jeśli wskoczymy w samochód teraz, to będziemy na miejscu za dwie i pół, w porywie do trzech godzin. Plus! Jeden jest tutaj.
            Spojrzeli na mnie, wybałuszając w zdziwieniu oczy. Na ich twarzach było wypisane pytanie "skąd to wiesz?". Zachichotałam. Oparłam się łokciami o blat stołu, położyłam brodę na splecionych dłoniach, zerkając zalotnie na mężczyzn, mijających właśnie nasz stolik. Złapałam spojrzenie bruneta z Chicago. Przygryzłam dolną wargę, schodząc oczami w dół po jego sylwetce, by znów wrócić do jego oczu. Uśmiechnął się szelmowsko, idąc w głąb sali. Obejrzałam się, a kiedy usiedli kilka stolików dalej, zwróciłam się do swoich przyjaciół.
            - To był on. Widziałam go przed wejściem.
            - W takim razie nie jedziemy teraz? - Pokręciłam głową. Wyciągnęłam z kieszeni kluczyki samochodu. Popchnęłam je po stole, a one spadły na kolana Max'a.
            - Przestaw samochód tak, żeby stał po drugiej stronie Cass Ave. - Jake przesiadł się do mnie, a Max wyszedł bez słowa. - Musisz siedzieć od ściany. - Szepnęłam, przesuwając się po jego kolanach. - Wyjdę, kiedy Max, będzie wchodził. Posiedźcie tu trochę, ale nie zerkajcie na zegarek. Wypij kilka piw, Max niech weźmie kawę, albo dwie, później wyjdźcie i odjedźcie jakby nigdy nic. Zadzwonię po wszystkim.
            - Co planujesz?
            - Wykonanie połowy planu. Po tej sprawie pojedziemy do niej.
            - Panna Robin już mi się podoba. - Próbował udawać tamtego faceta w garniturze.

poniedziałek, 19 października 2015

Zabawki



            Zaprowadzili mnie do pokoju, który wynajęli. Urządzony skromnie, ale starannie wykończony. Usiadłam razem z Max'em na kanapie, podczas gdy Jake zajął fotel.
            - Doszliśmy z Max'em do wniosku, że powinniśmy cie lepiej poznać, jeśli mamy z tobą działać. Dobrze się pracuje z kimś, do kogo ma się zaufanie, zwłaszcza jeśli twoje życie po części od tej osoby zależy. Zgodzisz się ze mną, prawda?
            - Wcześniej mi zaufaliście, dlaczego teraz macie z tym problem? - Mój spokój nieco mnie zaskoczył. Spodziewałam się, że zabrzmię oskarżycielsko, ale tak się nie stało.
            - Podałaś się za panienkę z dobrego domu, a okazałaś się być kobietą nie wiadomo skąd. Już nie wspominając o tym, że jeździsz jak szalona, znasz jakiegoś podejrzanego typa z warsztatu samochodowego i kto wie, co jeszcze ukrywasz.
            - Skoro chcecie wiedzieć, to chyba nie mam wyjścia. - Odetchnęłam głęboko. - Pracuję jako płatny zabójca od ponad trzech lat. Z Shade'em pracowałam przez rok, był moim przełożonym, ale odszedł z pracy. Od jakiegoś czasu sprawowałam władzę nad jedną grupą, ale się rozpadła i z tego powodu jestem tu teraz z wami. Wystarczy, że dogadam się z wami i wykonamy jedno zadanie bez żadnych komplikacji.
            - Cieszę się, że w końcu się dogadaliśmy. - Uśmiechnęli się do mnie obaj.

            Max pożyczył mi swój telefon na jakiś czas, żebym miała z nimi kontakt. Miałam godzinę, do naszego spotkania, a później mieliśmy razem udać się do baru, żeby zapoznać się z robotą do wykonania. W wolnej chwili postanowiłam zorganizować jakiś lepszy samochód. Już niekoniecznie szybszy, ale chociaż wygodniejszy. Z takim zamiarem wpadłam do warsztatu. Kolejny raz weszłam do pomieszczenia służbowego, gdzie Shade pił kawę ze swoim pracownikiem. Mężczyzna wymieniał właśnie, jakich części mu brakuje, a Shade w skupieniu robił listę. Zamknąwszy za sobą drzwi, zapukałam w nie, aby zwrócić na siebie ich uwagę.
            - Robin... - Wyszeptał Shade, zaskoczony moją obecnością.
            - Potrzebuję samochodu.
            Usta rozciągnęły mu się w łobuzerskim uśmiechu. Złapał mnie za rękę, ciągnąc do tylnego wyjścia z warsztatu. Wyszliśmy na duży ogrodzony siatką teren, gdzie leżało pełno starych gratów nienadających się już do niczego. Może ewentualnie dałoby radę znaleźć w nich coś na części wymienne, ale to też dość wątpliwa sprawa. Szliśmy między wrakami samochodów nadającymi się na szrot. Zatrzymał mnie przed trzema dużymi garażami. Kazał mi poczekać, podczas gdy on podszedł do klawiatury, na której wystukał kod i wszystkie trzy bramy uniosły się do góry. Moim oczom ukazały się McLaren F1, Ferrari Enzo i Mercedes GL. Otworzyłam usta, będąc pod wrażeniem.
            - Skąd ty masz te auta? - Wydukałam, gdy do mnie wrócił.
            - No wiesz... Coś muszę robić z pieniędzmi. - Wzruszył ramionami. - To którego chcesz?
            - Tego! - Wyciągnęłam rękę w stronę McLarena. Ta bestia ma całkiem dobre przyspieszenie i można nim wyciągnąć jakieś 390 km/h.
            Shade zaśmiał się, obejmując mnie ramieniem. Drugą ręką sięgnął do kieszeni spodni skąd wyciągnął mały kluczyk. Zaciągnął mnie do wnętrza garażu. Zostałam przy McLaren'ie, oglądając go z każdej strony. Chwilę później wrócił Shade z kluczykami do auta. Rzucił mi je, ponownie chichocząc.
            - Bak powinien być pełen.
            - I tak po prostu mi go dasz?
            - Oddałbym wszystko, żeby mieć cie przy sobie lub chociaż móc podziwiać twój uśmiech. Nawet jeśli tylko przez chwilę.
            Wplątał dłoń w moje włosy, odchylając moją głowę. Przycisnął mnie do siebie całując namiętnie. Drugą ręką położył na moim pośladku. Zamruczałam w jego usta. Odchyliłam się do tyłu, opierając o samochód. Wypuścił głośno gorące powietrze, pieszcząc moją szyję. Zacisnął ręce na mojej talii, podnosząc mnie, a ja objęłam go nogami. Poczułam, jak napiera na mnie mocniej, jego męskość była nabrzmiała, moje biodra przysunęłam jeszcze bliżej do niego. Usłyszałam jego ciche jęknięcie.
            - Shade... - Wyszeptałam, przeczesując jego włosy.
            - Szefie! - Z oddali dotarł do mnie znajomy głos.
            Shade przytknął czoło go mojego, klnąc pod nosem. Postawiłam nogi na ziemi. Nasze oddechy powoli wracały do normy. Słyszałam jego cisze warknięcie. Cmoknęłam go nieśmiało w usta. Odsunął się, mrugając oczami. Uśmiechnął się, nie wypuszczając mnie z objęć.
            - Szefie! - Pojawił się na horyzoncie pracownik, którego imienia do tej pory nie poznałam. - Telefon. - Zamachał komórką.
            Zirytowany blondyn podszedł do niego, by zabrać telefon. Gdy zwrócił się do kogoś po drugiej stronie, jego głos zabrzmiał spokojnie. Westchnęłam. Zawsze taki był. Nie ważne jak bardzo był wkurzony i tak nigdy nie pozwalał, by ktokolwiek to widział. Tylko przy mnie pozwalał sobie na okazywanie zdenerwowania i tylko przy mnie krzyczał.
            - Jak masz na imię? - Zwróciłam się do pracownika, widocznie go tym zaskakując.
            - Jeremy. - Wyciągnął do mnie rękę.
            - Robin. - Wymieniliśmy uściski dłoni i uśmiechy. - Klient? - Skinęłam w stronę Shade'a.
            - Nie. - Pokręcił głową. - Nie wiem kto to. Nie chciał się przedstawić, a gdy powiedziałem, że szefa nie ma, kazał mi przestać kłamać. Zupełnie jakby wiedział, gdzie szef jest i co robi.
            Przyszło mi na myśl, że dzwoniącym musi być Kołek. Tylko on zawsze wszystko wiedział, ale to nie miało żadnego sensu. Shade'a wylali dyscyplinarnie... Chyba że wyszło na jaw, iż to nie była jego wina...
            Zamarłam z przerażenia. Nie chciałam stracić pracy. Nie! Nie mogą mnie wylać... Potrząsałam głową, chcąc przepędzić te myśli, lecz to nie pomogło. Już widziałam dyrektora, siedzącego za wielkim biurkiem, informującego mnie o zakończeniu współpracy ze mną. Nie martwiłam się znalezieniem innej pracy - w dzisiejszych czasach dla dobrego płatnego zabójcy to nie problem, jednak nie mogłam jeszcze stracić TEJ roboty.
            Z zamyślenia wyrwał mnie Shade. Nawet nie zauważyłam kiedy skończył rozmawiać i wrócił do mnie.
            - Kołek. - Zadrżałam. Shade zmarszczył brew. - Znalazł Bladą. - Wyjaśnił, a ja wypuściłam powietrze, czując nieopisaną ulgę. - Myślałaś, że...
            - Tak. - Nie dałam mu skończyć.
            Wzięłam samochód na jazdę próbną. Zanim pożegnałam się z Shade'em, dał mi jeszcze kartę kredytową, prosząc mnie, bym kupiła sobie jakieś lepsze ubrania. Musiałam mu przyznać rację - mój wygląd nie wzbudzał pozytywnych emocji. Parkując swojego F1, czułam ogromną satysfakcję, widząc pełne podziwu spojrzenia mężczyzn, ale czar prysł, gdy wysiadłam z wozu. Faceci wytrzeszczali oczy i przewracali nimi, nie mogą się pogodzić, iż ktoś wyglądający jak menel, jeździ taką maszyną.
            Wpadłam do jakiegoś dużego sklepu odzieżowego. Znalazłam zwykłe jeansy i dopasowaną, ale nie obcisłą bokserkę w czarnym kolorze. Idąc do kasy, przypomniałam sobie o powinności zmiany bielizny. Zaklęłam pod nosem. Przeszłam cały sklep, aż znalazłam jakieś bawełniane bokserki, skarpetki i oczywiście stanik. Wychodząc na zewnątrz, dostrzegłam sklep sportowy. Niemal pobiegłam do niego, chcąc kupić parę wygodnych butów, które nadały by się do biegania. Nigdy nie wiadomo, kiedy mogą się przydać!

niedziela, 11 października 2015

Bliskość cz.2



            Zbudził mnie brzdęk rozsypujących się gdzieś narzędzi. Chwilę po tym usłyszałam, jak Shade klnie cicho pod nosem. Otworzyłam zaspane jeszcze oczy, uśmiechając się na widok przystojnego mężczyzny, przy którego boku czułam się niewinna i bezpieczna. Przyłożyłam dłoń do jego policzka i cmoknęłam go w nos, zaskakując go tym, że już nie śpię.
            - Jak spałaś? - Zapytał niskim głosem, a moje ciało przeszył przyjemny dreszcz. Zamruczałam, przeciągając się.
            - Wyspałam się jak nigdy. Dziękuję.
            - Głodna?
            Już miałam odpowiedzieć, kiedy do sypialni wpadł jakiś mężczyzna. Spojrzałam na niego, zupełnie zdezorientowana. Był ubrany w jakieś robocze ciuchy brudne od smarów i olejów, podziurawione. Spodnie na szelkach miały sprany niebieski kolor, a pod nimi miał zwykły biały t-shirt. Z kieszeni spodni wystawała mi jakaś ścierka. Rozdziawił usta, przenosząc wzrok to na mnie, to na Shade'a.
            - Sz-szefie, klient. - Wydukał w końcu. - Jeden z...
            - Już idę. - Rzucił sucho Shade. Mężczyzna widocznie się rozluźnił. Z uśmiechem opuścił pokój. - Zaraz wrócę.
            - Usmażyć jajecznicę? - Zapytałam, gdy zwlekł się z łóżka.
            - Pewnie. - Mrugnął do mnie i zostałam sama.
            Odsunęłam kołdrę. Przerzuciłam nogi na podłogę, siadając i rozglądając się po sypialni, w poszukiwaniu ubrań. Wypatrzyłam pożyczony od Margot t-shirt i dresy. Ubrałam się po drodze.
            Szłam boso na palcach, nie mogąc przyzwyczaić się do zimnej podłogi. W kuchni była ona najzimniejsza. Przeklinałam kafelki, otwierając lodówkę. Wyciągnęłam z niej jajka, boczek, pomidory i żółty ser. Po przeszukaniu wszystkich szafek i szuflad, znalazłam olej, patelnię, nóż, deskę, widelce, talerze i nawet miskę do wybełtania jaj. Usadowiłam się na blacie, robiąc wszystko na siedząco. Dzięki temu machałam nogami w powietrzu, unikając kontaktu z zimnem. Kiedy nagrzałam patelnię i zaczęłam smażyć jajecznicę, do kuchni wszedł mężczyzna, który wcześniej wywołał Shade'a.
            - Przyniosłem kawę. - Rzucił, pokazując mi reklamówkę. - Szef mówił, że mu się skończyła i trzeba kupić.
            - Dzięki. - Uśmiechnęłam się. - Napijesz się? - Zapytałam, wstawiając wodę, a następnie wyjmując kubki z szafki nad moją głową.
            - No pewnie! - Zawołał radośnie. - Pani jest tą jedyną, prawda? Szef często o pani wspomina. - Uśmiechał się jak dziecko, siadając przy stole.
            - Tą jedyną? - Nie ukrywałam zdziwienia.
            - Szef nigdy nie sprowadzał do siebie żadnych kobiet i kiedyś... To trochę głupie, ale byłem ciekawy dlaczego, wtedy powiedział, że czeka na kobietę, która skradła jego serce i jest tą jedyną. - Czułam jak na moich ustach maluje się uśmiech, a oczy wypełniają się łzami. Nigdy nie przyszłoby mi na myśl, że Shade może żywić do mnie takie uczucia.
            - Co to za klient? - Zmieniłam temat, nie chcąc się rozkleić.
            - To... - Zawahał się. Zamknął oczy, pocierając ręką zmarszczone w zadumie czoło.
            - Wiem o jego interesach. - Wytłumaczyłam pospiesznie.
            - Och... - Wydusił z siebie, jakby to było coś oczywistego, o czym po prostu zapomniał. - Nie wiem kto to, ale zamawiał całkiem sporo. - Wzruszył ramionami.
            Zdążyłam zaparzyć trzy kawy i Shade do nas dołączył. Podszedł do mnie pospiesznie, przytulając i całując łapczywie. Nasze języki zatańczyły ze sobą, ale niezbyt długo. Odsunął się, muskając nosem mój nos. Pracownik zabrawszy kubek, wymknął się z mieszkania. Nałożyłam jajecznicę i usiedliśmy razem do stołu. Jedliśmy w ciszy napawając się swoją obecnością, aż w końcu słodka cisza została przerwana.
            - Jacob i Max wydają się być w porządku. - Spojrzałam na niego z ukosa, unosząc jedną brew. - Wytłumacz mi jak to ma wyglądać.
            - Mam się z nimi dogadać na tyle, żeby wyszło choć jedno ich zadanie... Zostały mi dwie próby. - Westchnął. - To nie moja wina! - Próbowałam się tłumaczyć, ale na widok jego kwaśnego uśmiechu, głos uwiązł mi w gardle.
            - Robin, przecież oboje wiemy, że nie jest ci łatwo współpracować z innymi. Swego czasu zaczęłaś nawet popadać w skrajność. - Przygryzłam dolną wargę, wbijając wzrok w talerz. - Czy chociaż z jednym jesteś w stanie rozmawiać spokojnie? - Skinęłam nieśmiało. - To już jakiś sukces! - Zawołał radośnie. - To pewnie nie jest Jacob, prawda? - Spojrzałam na niego, wybałuszając oczy. Skąd on to wiedział?
            Zaśmiał się, a ja westchnęłam. Wstałam, żeby posprzątać po śniadaniu. Kiedy zmywałam naczynia, podszedł do mnie, przytulając mnie od tyłu. Zakołysał się ze mną delikatnie na boki, opierając brodę na moim ramieniu. Odłożywszy na suszarkę ostatni talerz, chciałam odwrócić się do niego i pocałować, lecz nagle przypomniało mi się, że kazałam zadzwonić do siebie tym pacanom, ale przecież nie miałam telefonu.
            Jak na zawołanie zza drzwi wyłonił się pracownik Shade'a. Machając do nas.
            - Jakichś dwóch panów pani szuka.
            Wywróciłam oczami, a Shade zachichotał, grożąc mi teatralnie palcem. Wyszłam za mężczyzną, który zaprowadził mnie na dół do warsztatu. Czekał tam na mnie uśmiechnięty Max i poirytowany Jacob. Porzuciłam chęć warknięcia na niego. Przyjmując najłagodniejszy wyraz twarzy na jaki było mnie stać, zatrzymałam się przed nimi wyprostowana.
            - To jakie mamy plany? - Mój głos brzmiał obco. Był radosny i  miły.
            O ile Max'a widocznie ucieszyła moja przyjazna wymowa, o tyle Jake wyglądał na zagubionego. Zamrugał kilkakrotnie, szukając wytłumaczenia.
            - Mamy umówione spotkanie w barze u Peter'a. Dzwonili rano, żeby potwierdzić godzinę.
            - Możemy porozmawiać w innym miejscu? - Wyszeptał Jacob. Jego głos brzmiał całkiem zwyczajnie, bez żadnych negatywnych emocji. Uśmiechnęłam się do siebie w duchu, czując napływ pozytywnej energii.
            - Pewnie! - Zawołałam energicznie. - Tylko skoczę po buty. - Puściłam im oczko i pobiegłam na górę.
            Ledwie przekroczyłam próg mieszkania, a już wywróciłam oczami. Nie wierzyłam w to, z jaką łatwością udaję przed nimi kogoś, kim nie jestem. Shade zauważył, iż coś jest nie tak. Zagrodził mi wejście do sypialni, gdzie leżały buty.
            - Nie musisz się zmuszać do bycia miłą. Wystarczy, że będziesz pamiętać o przekazie informacji. Nie wszyscy, którzy ze sobą pracują, muszą się przyjaźnić, żeby dobrze wykonywać wspólne zadania.
            Spojrzałam na niego ze skamieniałą twarzą. Świdrującym wzrokiem zmusiłam go, by się przesunął. Założyłam buty i udałam się do wyjścia. Złapał mnie za przedramię, gdy rękę miałam już na klamce.
            - Kiedy cie zobaczę?
            Głos mu drżał, jak wtedy gdy żegnał się ze mną dwa lata temu. Łzy zebrały się w moich oczach. Wiedziałam, że nie dam rady wypowiedzieć choćby pół słowa, gdyż gardło miałam ściśnięte. Wstrzymałam oddech, by stłumić falę przybierającego na sile smutku. Zacisnęłam powieki i poczułam jak jego dłoń znika z mojego przedramienia, by ująć moją brodę. Jego usta zetknęły się z moimi. Rozchyliłam wargi, przyjmując jego słodki pocałunek.
            - Znajdź Melbę... - Odskoczyłam od jego pytania. - Jeśli ją wyrzucili, to pewnie potrzebuje wsparcia. - Pf! Mówię tak, jakbym ja go zupełnie nie potrzebowała. - Zakończę to zadanie najszybciej, jak się da, a później zbiorę wszystkich razem i będzie jak dawniej. - Uśmiechnęłam się krzywo.