Zadowolona zakupami,
co było niebywałą rzadkością, wróciłam do samochodu, w którym, ku mojemu
zaskoczeniu, przebrałam się sprawnie i szybko. Nie mając więcej czasu do
zmarnowania, pojechałam do motelu, gdzie czekali na mnie moi tymczasowi
kompani. Zdążyłam wysiąść z samochodu, nim zobaczyłam, że stoją przy drzwiach
wyjściowych budynku. Pomachałam do nich, uśmiechając się ze szczerym
entuzjazmem. Już z oddali dało się zauważyć błysk w oku Max'a. Podbiegł do mnie
jak podekscytowany dzieciak.
- Skąd go masz!?
- Nie jest za mały? -
Próbował zabić jego radość, Jacob.
- Ma trzy siedzenia.
Dla naszej trójki, jak ulał. - Puściłam do niego oczko i na jego twarzy
zabłąkał się cień uśmiechu.
Fotel kierowcy
znajdował się w środku i był wysunięty do przodu, dlatego nie mogłam patrzeć na
pasażerów, ale ich obecność nie przeszkadzała mi przy wykonywaniu manewrów. Do
baru nie było daleko, a my mieliśmy podobno jeszcze nieco czasu w nadmiarze,
więc pozwoliłam sobie na mały pokaz. Nie szarżując jednak za dużo, dowiozłam
nas na miejsce spotkania. Przed barem stała grupa palących i rozbawionych
ludzi. Jeden z mężczyzn wydawał mi się znajomy. Przyjrzałam mu się uważniej,
ale nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie wcześniej widziałam jego twarz.
- Robin? - Jake
złapał mnie za rękę.
Przeniosłam wzrok na
niego. Uniosłam ku górze kącik ust w marnej podróbce uśmiechu. Weszliśmy do
środka, a on nie puszczał mojej ręki. Max szedł przed nami, każdy jego krok
emanował pewnością siebie. Usiadł przy stoliku, gdzie siedziało dwóch mężczyzn
koło czterdziestki, w idealnie skrojonych stalowych garniturach. Patrząc na ich
twarze, moja podświadomość zaczęła wysyłać mi sygnały ostrzegawcze. Pierwszy,
wyższy, szczupły, włosy miał w kolorze ciemnego blondu, na jego tęczówkach
mieszała się zieleń z brązem, nos miał długi i wykrzywiony w taki sposób, że
musiał być kiedyś złamany. Na dolnej wardze odznaczała się blada blizna, która
rozciągnęła się w dziwaczny sposób, gdy się uśmiechnął. Drugi mężczyzna,
niższy, łysy, niemal przesadnie umięśniony (zwłaszcza przy swoim wzroście),
sprawiał wrażenie spiętego. Przyglądał mi się spode łba, nie zwracając uwagi na
moich kolegów. Jacob zajął miejsce po środku kanapy, wciskając swojego
przyjaciela pod ścianę. Przedstawił mnie uprzejmie, co zostało skwitowane przez
pierwszego skinieniem głowy, podczas gdy drugi w dalszym ciągu nie akceptował
mojej obecności.
- Zależy nam na
czasie. - Zaczął służbowym tonem szczupły facet. - Dwa obiekty. Tak, jak już
wspominałem. - Odwrócił się, sięgając do aktówki, wyciągnął teczkę i podał ją
Jacob'owi. - Zdjęcia i dane personalne. Ile potrzebujecie czasu?
Jacob otworzył
teczkę. Przyglądał się badawczo dwóm kartkom. Zerknęłam z ukosa, nie zmieniając
swojej pozycji. Mężczyzna i kobieta, oboje w średnim wieku. Kobieta była
średniego wzrostu z lekką nadwagą, włosy farbowała na rudo, mieszkała w
dzielnicy Uptown w Chicago. Mężczyzna... To był ten sam, którego widziałam
przed barem! I w dalszym ciągu wydawał mi się wyglądać znajomo. To na pewno on! Wysoki, wysportowany, brunet, piwne oczy, pieprzyk
na prawym policzku, mieszkał również w Chicago, ale w Roseland.
- Myślę, że tydzień
wystarczy. - Podsumował spokojnie Jake.
- Hm... Rozumiem, ale
naprawdę zależy nam na czasie. Wie pan, czas to pieniądz, a w tym przypadku
mowa o bardzo dużych pieniądzach. Nie dałoby się załatwić tego szybciej?
Jacob zaczął na nowo
wszystko przeliczać, przykładając rękę do brody.
- Trzy dni. -
Przerwałam ciszę. - Trzy dni i w mieście nie ma ani ich, ani nas.
Mężczyzna klasnął w
dłonie, podskakując z radości na siedzeniu.
- Panna Robin już mi
się podoba. Może byłaby pani zainteresowana dłuższą współpracą? Z pewnością coś
się dla pani znajdzie. - Położył dłoń na stole, przesuwając ją w moją stronę.
Uśmiechnęłam się
uwodzicielsko, zgarniając włosy za ucho. Pochyliłam się ku niemu.
- Proszę mi wybaczyć,
ale jestem już zobowiązana, a nie lubię zrywać umów, przed upływem terminu.
Jednak będę o panu pamiętać, gdy będę wolna. - Wymruczałam ostatnie zdanie,
pozwalając by w moim głosie pobrzmiewała chrypka.
Pożegnali się z nami, wymieniając uściski rąk każdy z każdym. Szczupły elegancik nie odrywał ode mnie
wzroku, a z twarzy łysego zniknęła podejrzliwość. Zostaliśmy w barze we trójkę.
Przesiadłam się na drugą stronę, robiąc miejsce chłopakom. Nie wyglądali na zadowolonych z obrotu sprawy. Oparłam głowę o
oparcie kanapy. Zamknęłam oczy, oczekując na zebranie ochrzanu od Jacob'a.
- Jak mamy to zrobić
w trzy dni? - Wyprostowałam się gwałtownie, przechylając głowę. Jego głos
zabrzmiał niespodziewanie spokojnie. Zamrugałam kilkakrotnie, a on westchnął.
- Nie jesteś
wkurzony?
- Może trochę... Ale
to i tak nic nie da. Lepiej powiedz, jak wpadłaś na pomysł, że wyrobimy się w
trzy dni?
- Jeśli wskoczymy w
samochód teraz, to będziemy na miejscu za dwie i pół, w porywie do trzech godzin.
Plus! Jeden jest tutaj.
Spojrzeli na mnie,
wybałuszając w zdziwieniu oczy. Na ich twarzach było wypisane pytanie
"skąd to wiesz?". Zachichotałam. Oparłam się łokciami o blat stołu,
położyłam brodę na splecionych dłoniach, zerkając zalotnie na mężczyzn,
mijających właśnie nasz stolik. Złapałam spojrzenie bruneta z Chicago.
Przygryzłam dolną wargę, schodząc oczami w dół po jego sylwetce, by znów wrócić
do jego oczu. Uśmiechnął się szelmowsko, idąc w głąb sali. Obejrzałam się, a
kiedy usiedli kilka stolików dalej, zwróciłam się do swoich przyjaciół.
- To był on.
Widziałam go przed wejściem.
- W takim razie nie
jedziemy teraz? - Pokręciłam głową. Wyciągnęłam z kieszeni kluczyki samochodu.
Popchnęłam je po stole, a one spadły na kolana Max'a.
- Przestaw samochód
tak, żeby stał po drugiej stronie Cass Ave. - Jake przesiadł się do mnie, a Max
wyszedł bez słowa. - Musisz siedzieć od ściany. - Szepnęłam, przesuwając się po
jego kolanach. - Wyjdę, kiedy Max, będzie wchodził. Posiedźcie tu trochę, ale
nie zerkajcie na zegarek. Wypij kilka piw, Max niech weźmie kawę, albo dwie,
później wyjdźcie i odjedźcie jakby nigdy nic. Zadzwonię po wszystkim.
- Co planujesz?
- Wykonanie połowy
planu. Po tej sprawie pojedziemy do niej.
- Panna Robin już mi
się podoba. - Próbował udawać tamtego faceta w garniturze.