poniedziałek, 28 września 2015

Prawdziwa Robin

// Dobra! Pierwsze dwie notki były prologiem. Poznaliście główną bohaterkę, ale tak naprawdę nic o niej nie wiecie. Teraz szykuje się największy zwrot akcji, po którym wszystko powinno się unormować. Tak jakby... :) Nasza dzielna bohaterka od teraz będzie pokazywać Wam swoją prawdziwą twarz i ujawni swoje mniejsze i większe tajemnice, ale oczywiście nie wszystko na raz. Zapraszam do lektury ;) //



            Zatrzymałam się przed jakimś rozpadającym się warsztatem. Wysiadłam, nie przejmując się tamtymi młotkami. Przed bramą stał mój stary znajomy, którego nie widziałam już ze dwa lata.
            - Nic się nie zmieniłeś! - Zawołałam podchodząc do niego. Facet z krótką, blond czupryną uśmiechnął się, wyciągając z kieszeni paczkę fajek. Wzięłam jednego papierosa.
            - Za to ty wyładniałaś. - Uśmiechał się teraz jeszcze szerzej. Przyłożyłam papierosa do ust, czekając cierpliwie, aż mi go odpali. - A to co za amanciki? Za starzy na rekrutów.
            - Nie chrzań... Powiedzieli, że mnie wyjebią, jeśli nie dogadam się z jakimiś obcymi.
            - Sama ich wybrałaś?
            - Za cholerę! - Wrzasnęłam może zbyt głośno. - Po twoim odejściu wszystko zaczęło się sypać... Przerzucili mnie do trójki, bo nikt nie mógł okiełznać młodzików, ale koniec końców grupa się rozpadła...
            - Może byłaś zbyt ostra? Powinnaś czasami odpuszczać.
            - Shade, przecież...
            - Co jest młoda?
            Uśmiechnęłam się krzywo. Brakowało mi go... Brakowało mi całej naszej ekipy. Byliśmy zgrani, pracowaliśmy najlepiej ze wszystkich, plan zawsze był zrealizowany dokładnie tak, jak tego wymagali przełożeni. Nigdy nikt się nie skarżył. Każdy podkładał się za każdego, nikt nie ponosił odpowiedzialności w pojedynkę, działaliśmy jak jedna maszyna.
            - Z nikim nie mam kontaktu... Dzisiaj gadałam z Kołkiem (Jose). Opierdolił mnie z góry na dół... Powiedział, że Bladą wyrzucili w zeszłym miesiącu, bo też były z nią problemy.
            - Bladą? Ale przecież Melba nigdy nie była problematyczna...
            - A ja jestem?
            W odpowiedzi usłyszałam tylko śmiech. Jacob z Max'em właśnie do nas dołączyli. Czułam tak wiele niechęci w stosunku do nich, jak jeszcze nigdy w życiu. Shade musiał zdawać sobie z tego sprawę. Położył mi dłoń na ramieniu, a nie robił tego zbyt często. Ostatni raz miało to miejsce, kiedy dał mi moją pierwszą paczkę papierosów...
            - W tamtym barze pracuje moja znajoma. Da ci jakieś łaszki na zmianę. - Zerknęłam na tamtych dwóch idiotów. - Ja z nimi pogadam. Leć.
            Kopnęłam po drodze jakiś mały kamyk. Te ubrania działały mi na nerwy coraz bardziej, a już najgorsze z tego zastawu były buty... Kto normalny chodzi w czymś, co ma obcasy? Przecież to niewygodne!
            Weszłam do baru. Prawie wszystkie stoliki były zajęte. Większość z towarzystwa albo spała, albo była zalana w trupa. Podeszłam do lady. Za barem stała kobieta wyższa ode mnie. Jej twarz wyrażała dezaprobatę i zdziwienie. Przeklinałam te ubrania... Gdybym nie była tak odstawiona, nie patrzyła by tak na mnie, ale całkowicie ją rozumiałam... Też bym tak na siebie patrzyła, ale cholernie mi zależy na odzyskaniu swojego zespołu, więc jestem zdolna do wszelkich poświęceń.
            - Shade powiedział, że dostanę od ciebie coś na przebranie. - Starałam się nie zabrzmieć zbyt opryskliwie, ale też niezbyt grzecznie. Jeszcze tego brakowało, żebym wyszła na jakąś lalunię...
            Kobieta zmierzyła mnie wzrokiem. Kącik ust uniósł jej się lekko, jednak powstrzymała swój wybuch śmiechu. Odchrząknęła głośno i zwróciła się do kogoś z zaplecza.
            - Chodź. - Rzuciła, znikając za drzwiami.
            Weszłyśmy na poddasze, które było sprytnie przerobione na prowizoryczne mieszkanie. Wszystko było na wspólnej powierzchni, poza odgrodzonym ścianami pomieszczeniem, które musiało być zapewne łazienką. Kazała mi czekać przy dużej, starej szafie, a sama przekopała zawartość swojej komody. Wróciła z rozciągniętymi dresami i szarym t-shirtem w ogromnym rozmiarze.
            - No lalka, mam nadzieję, że może być.
            Zaczęłam się przebierać bez słowa. Po założeniu dresów, dotarło do mnie, że nie mogę paradować boso, a nie mam zamiaru więcej zakładać tamtych przeklętych laczków.
            - A masz może jakieś trampy na zbyciu? - Zapytałam, trzymając t-shirt.
            Przechyliła głowę na bok. Jej zdziwienie wzrosło jeszcze bardziej, a rozbawienie rozpłynęło się w powietrzu.
            - Kim ty jesteś? To wszystko się kupy nie trzyma.
            - Doskonale cie rozumiem, ale czego się nie robi z miłości... Ale tak na poważnie, nie masz jakiś wygodnych butów?
            - Jaki masz rozmiar?
            - 38.
            Otworzyła szafę i wyciągnąwszy z niej parę znoszonych adidasów, rzuciła mi je przed nogi.
            - Wyjaśnisz mi to wszystko? Muszę przyznać, że rozbudziłaś moją ciekawość.
            - A mogę liczyć na porządną kawę? - Skinęła głową.
            - Margot.
            - Robin.
            Wróciłyśmy do baru. Kobieta zaparzyła kawę, krzycząc na swojego pracownika, żeby zaczął wyganiać już klientów i powoli zamykał lokal. Kiedy wróciła do mnie, postawiła przede mną duży kubek i dzbanek porządnego esspresso.
            - Co tak w ogóle łączy cie z Shade'em?
            - Pracowaliśmy razem, dopóki nie odszedł... Nie miałam z nim kontaktu od prawie dwóch lat. Teraz trafiłam na niego zupełnie przypadkiem. Nie wiedziałam, że tu mieszka, a tym bardziej, że prowadzi warsztat samochodowy.
            - Ha ha ha! Z niego taki mechanik jak ze mnie modelka. Postawiłam mu swój samochód już pięć razy i dopóki jego pracownik się za niego nie zabrał, to rzęch dalej się psuł. Z resztą to i tak tylko przykrywka. Wiesz... Shade jest chyba dość sentymentalny. Zawsze gada o swojej ulubienicy z pracy, o tym jak świetnie pracowało mu się ze wszystkimi, jak lubił ten zawód... Teraz handluje bronią na lewo. Znajdziesz u niego wszystko. Dlatego byłam dość opryskliwa. Myślałam, że jesteś jedną z tych lasek, które plączą się za jego klientami.
            - W życiu! Te ciuchy... Gah... Miałam się podszyć, za jakąś dziunię z bogatej rodziny. A wszystko po to, żeby móc wejść do jakiegoś lokalu na umówione spotkanie.
            - Ha ha! Więc to poświęcenie zawodowe?
            - Dokładnie... Postawili mi warunek. Mam się teraz ujadać z dwoma przygłupami, żeby udowodnić przełożonym, że nie mam problemów z komunikacją i działaniem zespołowo.
            W tym momencie usłyszałam, jak za moimi plecami otwierają się drzwi. Jakiś mężczyzna krzyknął, że już zamknięte, ale nowym gościom najwyraźniej to nie przeszkadzało.
            - To chyba twoje "przygłupy". - Szepnęła Margot. - Podać coś? - Zwróciła się do nich.
            - Nie trzeba. - Burknął Jacob. - Musimy znaleźć miejsce do spania. - Wpatrywał się we mnie nachalnie, aż miałam ochotę go spoliczkować.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz