poniedziałek, 14 września 2015

Początek



//Opowiadanie zaczęło się tworzyć, gdy jeszcze byłam w gimnazjum, a teraz jestem już na studiach, a mimo to niewiele go przyrosło... Mam nadzieję, że publikując regularnie kolejne części, zmotywuję się jakoś do dalszego pisania i uporządkuję w nim wszystko od A do Z. Nie będę nikogo wprowadzać, bo mam tendencję do zbytniego spoilerowania. Zatem zapraszam do lektury ;) //


            Ponury wieczór. Z nieba spadały pojedyncze krople zimnego, jesiennego deszczu. Wysoka, szczupła kobieta szła samotnie brukowym chodnikiem. Jej włosy z powodu wilgoci zaczęły skręcać się na końcach. Od ścian budynków odbijały się echem stukania obcasów. Kobieta przyspieszyła kroku, jakby była już gdzieś spóźniona. Chwilę później weszła do jednego z bloków mieszkalnych. Drzwi wejściowe zaskrzypiały ze starości, witając ją posępnie. Biegła delikatnie i lekko po schodach. Zatrzymała się na trzecim piętrze. Poprawiła płaszcz i włosy. Wyciągnęła z torebki małe lusterko i przyjrzała się swojemu odbiciu. Zagrzebała ponownie w torebce, żeby wyciągnąć pomadkę, którą pomalowała wydatne usta. Odetchnęła głęboko i wrzuciwszy wszystko do torebki zapukała do drzwi z numerem 6.
            Kolejne skrzypiące drzwi zostały otworzone. W progu stanął potężnej postury mężczyzna. Na jego twarzy malował się złośliwy uśmiech. Gestem ręki zaprosił kobietę do środka.
            Mieszkanie było okropne. Farba odpadała płatami od ścian, okna były pozaklejane lub zastawione jakimś dużym meblem, po podłodze przebiegały myszy z kawałkami jedzenia, a w kącie pomieszczenia, które najprawdopodobniej było niegdyś salonem, leżały zwłoki biało-czarnego kota. Kobieta usiadła na dziurawej i brudnej kanapie. Ręce złożyła na kolanach i czekała, aż mężczyzna coś powie.
            - O pierwszej przyjdzie Jacob. Powinien przynieść zestaw. Mam nadzieję, że pamiętasz jakie jest twoje zadanie.
            Jasno brązowe włosy zakołysały się delikatnie, gdy kiwała twierdząco głową. Uśmiechnęła się zawadiacko i spojrzała w stronę przebiegającej z okruchem chleba myszy.
            - Jak długo jeszcze? – zapytała, patrząc nieprzytomnie na podłogę.
            - To zależy od Jake’a, ale mam nadzieje, że niedługo. Strasznie tu śmierdzi.
            Szatynka pokiwała głową. Mężczyzna usiadł obok niej. Zaczął bawić się jej włosami. Była to dla niego odskocznia od codziennego życia, sam nie był w stanie do końca uwierzyć, że tak delikatna osoba może zadawać się z tak wyjątkowo okrutnymi oprychami jakim był on i jego przyjaciel.
            - Dlaczego to robisz? – przerwał ciszę dryblas.
            - Ale co? – zapytała, patrząc na niego.
            - Pomagasz... Po co?
            Uśmiechnęła się ciepło i odwróciła wzrok. Skierowała swoje spojrzenie na zaklejone kartonami okno, jakby chciała podziwiać to, co jest po drugiej stronie.
            - Mam mały dług do spłacenia.
            - Nie wierzę! Niemożliwe!
            - Nikt nie kazał ci w to wierzyć. Ja tylko odpowiadam na zadane mi pytanie i to, co powiedziałam, nie jest do końca kłamstwem.
            - Ale prawdą też nie jest...? – zapytał zaciekawiony.
            - Max, Lena! Ruszcie tyłki! Wychodzimy! – wrzasnął Jacob, wchodząc do mieszkania bardzo gwałtownie i niespodziewanie.
            Kobieta podniosła się z kanapy ruchem pełnym gracji i delikatności. Wyszła z mieszkania, podążając za wysokim brunetem z nietypową blizną na prawym barku, którą można było dostrzec, gdyż nie miał na sobie nic prócz zwykłego podkoszulka. Za nimi wlekł się mężczyzna wyglądający jak szprycowany sterydami siłacz.
            Szli we trójkę po opuszczonych ulicach. Panowała cisza. W mieszkaniach gaszono już ostanie światła i szykowano się do snu. Trio nietypowych ludzi szło do najpopularniejszego klubu w mieście. Do otwarcia zostało im jeszcze dwadzieścia minut, ale jako "VIP’owie" mieli być dziesięć minut przed uroczystym rozpoczęciem.
            - Stójcie! – powiedział „goryl” stojący na wejściu do klubu. – Imiona.
            - Och, jesteśmy zapisani pod nazwiskiem Pourbaix – powiedziała słodkim głosem.
            - Lena? – zapytał z niedowierzaniem. – Proszę, nie mów szefowi, że od razu cie nie wpuściłem... Rozszarpałby mnie...
            Uśmiechnęła się do mężczyzny, przechodząc obok niego. Weszła do środka ze swymi towarzyszami. Zatrzymali się jeszcze w holu. Miejsce to nie było dobrze oświetlone, to też nikt nie mógłby zobaczyć, co dokładnie robią.
            - Lena! Pamiętaj! O trzeciej już cie tu nie ma! Jasne? Jeśli złapią ciebie, to i my leżymy, a ja nie zamierzam kończyć na tej akcji.
            - Dałeś jej towar? – dopytywał się Max.
            - Ta... Lena! Słuchaj mnie! Jeszcze nie skończyłem! Jeśli coś spieprzysz to przysięgam, że oderwę ci tę śliczną główkę własnoręcznie – zagroził Jake.
            Lena pokiwała posłusznie głową i przeszła do wnętrza klubu. Teraz miała zmierzyć się ze swoim zadaniem sama. Jacob i Max musieli załatwić prywatne interesy, których szczegółów nie znała. Nie wiedziała, że dzisiejszej nocy miał zginąć jej znienawidzony ojczym, który zamordował jej matkę, tylko po to, aby zgarnąć fortunę.
            Barman za ladą wycierał szklanki i uparcie dopytywał się siedzącej przy barze szatynki, czy przypadkiem czegoś jej nie potrzeba.
            - Potrzeba mi tylko tego, żebyś się odpierdolił. Da radę załatwić?
            - Spokojnie maleńka. Płacą mi za to, że jestem upierdliwy.
            - To dziwne, bo nic o tym nie wiem, a interes jest w połowie mój.
            - Mistrzyni ciętej riposty... – usłyszała za swoimi plecami zachrypnięty, męski głos.
            Spojrzała przez ramię do tyłu. Rozpoznała mężczyznę, z którym miała dziś dobić targu. Towarem miało być coś bardzo cennego, jednak nie obchodziło jej, czym to jest. W klubie było jeszcze pusto, co bardzo cenili sobie VIP’owie. Idealna chwila na załatwianie prywatnych interesów, na moment przed nocną zabawą. Kobieta poszła w stronę jednego z pokoi. Mężczyzna szedł tuż za nią. Weszli razem do pomieszczenia. Słychać było, jak drzwi zamykają się od środka na klucz.
            - Masz?
            - Pytanie powinno brzmieć: "ile?" – powiedziała, ze złowieszczym uśmiechem.
            - Nie baw się ze mną skarbie, bo jeszcze ci się oberwie. Jeśli już chcesz się podroczyć, to może zmienimy lokal...?
            - Nie zamierzam opuszczać tak miłego miejsca. Lepiej przejdźmy do sedna.
            - Cała kwota – powiedział mężczyzna, stawiając walizkę na stole.
            Kobieta otworzyła walizkę i przyjrzała się banknotom.
            - Nieaktualne – powiedziała, wzruszając ramionami.
            - CO?! Przecież...
            - Ale to było wczoraj. Dziś stawka podskoczyła o pół miliona.
            - ŻARTUJESZ!?
            - Jeżeli nie masz kasy, to z pewnością znajdę dziś kogoś, kto ma odpowiednią sumkę – podniosła się z wygodnego fotela i powoli szła w stronę drzwi.
            - Nie! Czekaj! – zawołał. – Jeden telefon i kasa będzie na miejscu.
            Szatynka usiadła z powrotem na swoim miejscu. Patrzyła jak mężczyzna w popłochu wybiera numer z listy kontaktów. Wrzeszczał coś przez telefon w obcym języku, wymachując przy tym ręką. Na koniec schował telefon do wewnętrznej kieszeni marynarki.
            - Otworzysz? – zapytał wskazując na drzwi.
            Kobieta podeszła i otworzyła tak, jak ją o to prosił. Niestety to był błąd. Ledwie uchyliła drzwi, a ktoś uderzył ją w głowę czymś bardzo twardym i ciężkim. Bezwładne ciało opadło na podłogę. Mężczyźni zabrali pieniądze i nieprzytomną kobietę. Dyskretnie wynieśli ją z klubu, zapakowali do samochodu i odjechali.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz