Piętnaście minut
później Jacob razem z Max’em opuścili budynek przez tylne wyjście. Zadowoleni z
siebie powędrowali do jednego z podziemnych garaży w mieście. Wsiedli razem do
samochodu, by jak najszybciej wyjechać z miasta.
- Zadzwoń do Leny –
powiedział Max. – Wiem, że ci na niej zależy. Zadzwoń!
- To był ostatni
raz... Nie chcę więcej jej pomocy.
- Dzwoń kretynie! –
wrzasnął na Jake’a przyjaciel.
Brunet wziął do ręki
telefon i wybrał numer do Leny. Odczekał kilka sygnałów.
- Jeżeli nie chcesz,
żeby tej małej stała się krzywda, to lepiej, żebym dostał swój towar. W
przeciwnym wypadku, ta laleczka nie zobaczy już światła słonecznego, a tego
chyba nie chcemy?
- Ty jebany
sukinsynie! Co jej zrobiłeś!
- Jeszcze nic, ale
już niedługo będę musiał pozbawić ją jakiejś kończyny, bo nie otrzymałem
paczki. Nie tak się umawialiśmy, ale w sumie... Ta mała też może być. Nie
dorobię się na niej co prawda, ale zawsze lepszy wróbel w garści, niż
gołąb na dachu. Wiesz, gdzie mnie
szukać. Czekam w zamkniętej fabryce do pierwszej, później możesz zapomnieć o
swojej Lenie.
Połączenie zostało
zerwane, a Jacob wściekły przez zaistniałą sytuację, uderzył w szybę tak mocno,
że aż roztrzaskał szkło na tysiące małych kawałeczków.
- Co jest?! – wrzasnął
Max.
- To jest, że cwel
zajarzył, że chcieliśmy go wykiwać... Mają Lenę...
Pisk opon rozdarł
powietrze. Kierowcy z przejeżdżających w pobliżu aut, patrzyli z
niedowierzaniem, jak Max nagle zmienia kierunek jazdy. Licznik pokazywał coraz
większą prędkość, mimo to dryblas nadal wciskał pedał gazu do samej podłogi.
Wyprzedzał wszystkie samochody. Nie przejmował się nawet tym czy ściągnie sobie
na kark policję. Teraz liczyło się dla niego bezpieczeństwo kobiety, która im
pomagała i przez to narażała swoje życie.
- Gdzie jest ta
cholerna płyta?
- Tu – powiedział
Jacob, wyciągając dany przedmiot ze schowka samochodowego. – Lena miała pusty
dysk.
- Idiota! A podobno
to ja jestem głupszy...
- Odpierdol się! Nie
wiedziałem, że to tak się skończy.
Kolejny pisk opon, który tym razem sygnalizował hamowanie.
Samochód zatrzymał się przed opuszczoną fabryką farb olejnych. Mężczyźni
wysiedli i szli powoli w stronę wejścia. Zatrzymali się na chwilę przed
wejściem, żeby upewnić się, że mają ze sobą broń. Nie zamierzali dać się
wystrzelać jak bezbronne kaczki.
- Proszę, proszę,
proszę. Jaka szybka reakcja... Nigdy nie podejrzewałem, że potraficie działać,
aż tak impulsywnie.
Na środku wielkiej
sali stało krzesło, na którym siedziała spokojna kobieta. Wyglądała na całkowicie
zrelaksowaną, jakby kompletnie nie wiedziała co się dzieje. Spojrzała na Jake’a
pytająco. Sprawiała wrażenie, jakby nie chciała ich pomocy.
- Puść ją!
- Nie uważasz, że to
byłoby zbyt proste?
- A jakie ma być? Ty
dostaniesz swoją zabawkę, a dziewczyna zniknie ci z oczu razem z dwójką gości,
którzy działają ci na nerwy. Wydaje mi się, że to idealne rozwiązanie dla
każdej ze stron.
Jakiś mężczyzna
podszedł do Leny i wyswobodził ją ze sznurów. Kobieta podeszła spokojnie do
Jacoba. Odwróciła się twarzą do nowego właściciela płyty.
- Ech... -
Westchnęła. Zwiesiła głowę, zasłaniając twarz włosami, lecz po chwili odrzuciła
je do tyłu patrząc z pogardą na nowego właściciela płyty. - Wiedziałam, że to
się nie uda. - Przycisnęła palec do ucha, przechylając głowę na bok. - Trzy...
Dwa... Jeden... - Miejsce wypełniło się gęstą chmurą duszącego dymu, a ciszę po
odliczaniu przerwał pojedynczy strzał. Lena chwyciła swoich wybawicieli za
przedramiona i zaciągnęła ich pospiesznie do samochodu, którym przyjechali.
Usiadła za kierownicą. Odpaliła silnik kluczykiem, który niezauważenie zabrała
Max'owi. Odjechała tak szybko, jak to było możliwe. Zmieniając kierunek i tempo
jazdy, wyjechała poza miasto. Zatrzymała się na leśnej drodze.
- Co to było do
cholery?!
- Nic takiego... To
dość skomplikowane... Jeśli pozwolicie... Chciałabym się do was przyłączyć na
dłużej – uśmiechnęła się sympatycznie do obydwu mężczyzn, siedzących na tylnym
siedzeniu.
Max ochotniczo
potrząsnął głową, mając już w głowie plan, jak tu załatwić przyjacielowi
panienkę, natomiast Jake... Nie był zadowolony z tego pytania. Zaczął martwić
się o jej delikatne ciało, które tak bardzo było narażone na uszkodzenia. Jej
życie było dla niego zbyt cenne i nie zamierzał znów dopuścić do podobnej sytuacji,
jaka przed chwila miała miejsce.
- Proszę... Jacob...
Jesteś mi to winien. Zepsułeś mi akcję.
- Jaką akcję, do
cholery? Co tam się wydarzyło?
Kobieta przycisnęła
swoje ucho tak, jak zrobiła do w fabryce. Zamknęła oczy, wzdychając ciężko.
Zaklęła pod nosem. Z kieszeni płaszcza wyciągnęła paczkę papierosów i
zapalniczkę. Wyciągnęła jednego papierosa. Po dwóch sporych zaciągnięciach,
spojrzała na mężczyzn, lecz jej twarz była teraz zupełnie skamieniała.
- Ujmę to tak. Macie
całkiem spore doświadczenie. Szkoda by było to zmarnować, więc jeśli mówię, że
chcę się do was przyłączyć, lepiej po prostu przytaknijcie. - Jej głos brzmiał
nad wyraz groźnie. Zarówno Jacob, jak i Max poczuli się teraz nieswojo.
- To znaczy...
- Super! To macie
jakieś następne zlecenia? Gdzie jedziemy? Ach! Trzeba by wymienić tego
gruchota. Jest trochę za wolny. Wolę jak maszyna ma większego kopa. -
Uśmiechnęła się promiennie, a wyraz jej twarzy przybrał bardziej dziecinny
charakter.
- Detroit. -
Wyszeptał Max, za co jego przyjaciel uderzył do łokciem w brzuch.
- Hm... Macie jakiś
telefon?
- Czy ja się w końcu
dowiem, co tu się dzieje?
Szatynka spojrzała na
niego, unosząc jedną brew. Wyciągnęła do niego lewą rękę. Opuszkiem palca
delikatnie stuknęła czubek jego nosa. Uśmiechnęła się opiekuńczo, przyciągając
rękę do siebie.
- Nie jestem jakąś
dziewczyną z bogatej rodziny. Nawet nie nazywam się Lena Pourbaix, ale mówią, że jestem do niej
podobna. Na imię mam Robin. Jestem członkinią dość dziwnej grupy i... cóż.
Ostatnio uznali, że jestem mało komunikatywna i ciężko przychodzi mi
dogadywanie się z ludźmi, dlatego znaleźli mi was, żebym popracowała z kimś
nowym. To ma mi niby uzmysłowić co robię źle, no i dać czas, żeby nieco
ochłonąć. To jak? Starczy? Teraz dajcie telefon. - Zawarczała na końcu jak
wściekły pies.
- Jake, daj jej
telefon. - Wyszeptał Max, który wyglądał na coraz bardziej przestraszonego.
Robin dostała
komórkę. Wystukała numer, który doskonale pamiętała.
- No... - Zdążyła
wymówić, zanim odciągnęła telefon od ucha. - Oj no... - Wymamrotała,
przykładając słuchawkę z powrotem. - Tsss... - Kolejna długa cisza. Brwi na jej
czole zeszły się w geście poirytowania. - Muszę się przebrać. - Wysyczała przez
zęby. - Ale! - Krzyknęła, po czym znów nadeszła pauza. - Super... - Rozłączyła
się i oddała telefon właścicielowi.
- Czyli jedziemy do
Detroit? - Zapytał Jacob.
Kobieta skinęła
głową. Wyjechała z lasu. Rozpędziła samochód i niemal natychmiast znaleźli się
na drodze krajowej. Jacob nieco się rozluźnił, czując ulgę, jakby wiedział, że
teraz wszystko będzie już w porządku. Niestety Max nie był w stanie usiedzieć
spokojnie. Cisza trwała ponad półtorej godziny, dopóki Robin nie zahaczyła
skrajem opony o jakiś kamień. Przy dużej prędkości samochodem zarzuciło na bok,
ale kobieta szybko odzyskała kontrolę nad pojazdem. Na całe szczęście byli
jedynymi uczestnikami ruchu.
- Pozabijasz nas! -
Wrzasnął dryblas.
- Co jest! - Odezwał
się, wyrwany ze snu Jake.
- Spokojnie. To tylko
kamyczek.
- Jedziesz za szybko!
- Ha ha ha! Ale za to
zostało nam tylko pół godziny drogi.
Jacob zmarszczył brwi
z niedowierzaniem, podczas gdy jego przyjaciel zaskomlał pod nosem. Napakowany
mężczyzna jeszcze przez jakiś czas mamrotał coś pod nosem, głaszcząc czule
drzwi obok siebie. Jake wywrócił oczyma, widząc zachowanie kompana. Chcąc
dowiedzieć się czegoś o kobiecie, prowadzącej samochód, uznał, że spróbuje
przesiąść się do przodu. Podniósł się, przełożył prawą nogę na przednie
siedzenie pasażera, opierając się plecami o dach. Przesunął się bliżej przodu.
Przeciągnął drugą nogę i opadł na fotel. Robin zerknęła na niego od niechcenia.
- Max'em się nie
przejmuj. Przejdzie mu.
- Yhym.
- Mówiłaś coś
wcześniej o tym, że masz problemy z dogadywaniem się z ludźmi.
Odwróciła głowę w
jego stronę, obdarowując go jednym z najbardziej piorunujących spojrzeń, jakie
w życiu widział. Uniósł dłonie w poddańczym geście. Resztę trasy już nikt nie
przerwał milczenia.
Jak na moje oko ciut za mało opisów. Akcja jest zbyt dynamiczna, przez co ciężko jest nadążyć za zmianami.
OdpowiedzUsuńPióro przyjemne do czytania, pisz i się rozwijaj.