wtorek, 22 września 2015

Początku ciąg dalszy



            Piętnaście minut później Jacob razem z Max’em opuścili budynek przez tylne wyjście. Zadowoleni z siebie powędrowali do jednego z podziemnych garaży w mieście. Wsiedli razem do samochodu, by jak najszybciej wyjechać z miasta.
            - Zadzwoń do Leny – powiedział Max. – Wiem, że ci na niej zależy. Zadzwoń!
            - To był ostatni raz... Nie chcę więcej jej pomocy.
            - Dzwoń kretynie! – wrzasnął na Jake’a przyjaciel.
            Brunet wziął do ręki telefon i wybrał numer do Leny. Odczekał kilka sygnałów.
            - Jeżeli nie chcesz, żeby tej małej stała się krzywda, to lepiej, żebym dostał swój towar. W przeciwnym wypadku, ta laleczka nie zobaczy już światła słonecznego, a tego chyba nie chcemy?
            - Ty jebany sukinsynie! Co jej zrobiłeś!
            - Jeszcze nic, ale już niedługo będę musiał pozbawić ją jakiejś kończyny, bo nie otrzymałem paczki. Nie tak się umawialiśmy, ale w sumie... Ta mała też może być. Nie dorobię się na niej co prawda, ale zawsze lepszy wróbel w garści, niż gołąb  na dachu. Wiesz, gdzie mnie szukać. Czekam w zamkniętej fabryce do pierwszej, później możesz zapomnieć o swojej Lenie.
            Połączenie zostało zerwane, a Jacob wściekły przez zaistniałą sytuację, uderzył w szybę tak mocno, że aż roztrzaskał szkło na tysiące małych kawałeczków.
            - Co jest?! – wrzasnął Max.
            - To jest, że cwel zajarzył, że chcieliśmy go wykiwać... Mają Lenę...
            Pisk opon rozdarł powietrze. Kierowcy z przejeżdżających w pobliżu aut, patrzyli z niedowierzaniem, jak Max nagle zmienia kierunek jazdy. Licznik pokazywał coraz większą prędkość, mimo to dryblas nadal wciskał pedał gazu do samej podłogi. Wyprzedzał wszystkie samochody. Nie przejmował się nawet tym czy ściągnie sobie na kark policję. Teraz liczyło się dla niego bezpieczeństwo kobiety, która im pomagała i przez to narażała swoje życie.
            - Gdzie jest ta cholerna płyta?
            - Tu – powiedział Jacob, wyciągając dany przedmiot ze schowka samochodowego. – Lena miała pusty dysk.
            - Idiota! A podobno to ja jestem głupszy...
            - Odpierdol się! Nie wiedziałem, że to tak się skończy.
            Kolejny pisk  opon, który tym razem sygnalizował hamowanie. Samochód zatrzymał się przed opuszczoną fabryką farb olejnych. Mężczyźni wysiedli i szli powoli w stronę wejścia. Zatrzymali się na chwilę przed wejściem, żeby upewnić się, że mają ze sobą broń. Nie zamierzali dać się wystrzelać jak bezbronne kaczki.
            - Proszę, proszę, proszę. Jaka szybka reakcja... Nigdy nie podejrzewałem, że potraficie działać, aż tak impulsywnie.
            Na środku wielkiej sali stało krzesło, na którym siedziała spokojna kobieta. Wyglądała na całkowicie zrelaksowaną, jakby kompletnie nie wiedziała co się dzieje. Spojrzała na Jake’a pytająco. Sprawiała wrażenie, jakby nie chciała ich pomocy.
            - Puść ją!
            - Nie uważasz, że to byłoby zbyt proste?
            - A jakie ma być? Ty dostaniesz swoją zabawkę, a dziewczyna zniknie ci z oczu razem z dwójką gości, którzy działają ci na nerwy. Wydaje mi się, że to idealne rozwiązanie dla każdej ze stron.
            Jakiś mężczyzna podszedł do Leny i wyswobodził ją ze sznurów. Kobieta podeszła spokojnie do Jacoba. Odwróciła się twarzą do nowego właściciela płyty.
            - Ech... - Westchnęła. Zwiesiła głowę, zasłaniając twarz włosami, lecz po chwili odrzuciła je do tyłu patrząc z pogardą na nowego właściciela płyty. - Wiedziałam, że to się nie uda. - Przycisnęła palec do ucha, przechylając głowę na bok. - Trzy... Dwa... Jeden... - Miejsce wypełniło się gęstą chmurą duszącego dymu, a ciszę po odliczaniu przerwał pojedynczy strzał. Lena chwyciła swoich wybawicieli za przedramiona i zaciągnęła ich pospiesznie do samochodu, którym przyjechali. Usiadła za kierownicą. Odpaliła silnik kluczykiem, który niezauważenie zabrała Max'owi. Odjechała tak szybko, jak to było możliwe. Zmieniając kierunek i tempo jazdy, wyjechała poza miasto. Zatrzymała się na leśnej drodze.
            - Co to było do cholery?!
            - Nic takiego... To dość skomplikowane... Jeśli pozwolicie... Chciałabym się do was przyłączyć na dłużej – uśmiechnęła się sympatycznie do obydwu mężczyzn, siedzących na tylnym siedzeniu.
            Max ochotniczo potrząsnął głową, mając już w głowie plan, jak tu załatwić przyjacielowi panienkę, natomiast Jake... Nie był zadowolony z tego pytania. Zaczął martwić się o jej delikatne ciało, które tak bardzo było narażone na uszkodzenia. Jej życie było dla niego zbyt cenne i nie zamierzał znów dopuścić do podobnej sytuacji, jaka przed chwila miała miejsce.
            - Proszę... Jacob... Jesteś mi to winien. Zepsułeś mi akcję.
            - Jaką akcję, do cholery? Co tam się wydarzyło?
            Kobieta przycisnęła swoje ucho tak, jak zrobiła do w fabryce. Zamknęła oczy, wzdychając ciężko. Zaklęła pod nosem. Z kieszeni płaszcza wyciągnęła paczkę papierosów i zapalniczkę. Wyciągnęła jednego papierosa. Po dwóch sporych zaciągnięciach, spojrzała na mężczyzn, lecz jej twarz była teraz zupełnie skamieniała.
            - Ujmę to tak. Macie całkiem spore doświadczenie. Szkoda by było to zmarnować, więc jeśli mówię, że chcę się do was przyłączyć, lepiej po prostu przytaknijcie. - Jej głos brzmiał nad wyraz groźnie. Zarówno Jacob, jak i Max poczuli się teraz nieswojo.
            - To znaczy...
            - Super! To macie jakieś następne zlecenia? Gdzie jedziemy? Ach! Trzeba by wymienić tego gruchota. Jest trochę za wolny. Wolę jak maszyna ma większego kopa. - Uśmiechnęła się promiennie, a wyraz jej twarzy przybrał bardziej dziecinny charakter.
            - Detroit. - Wyszeptał Max, za co jego przyjaciel uderzył do łokciem w brzuch.
            - Hm... Macie jakiś telefon?
            - Czy ja się w końcu dowiem, co tu się dzieje?
            Szatynka spojrzała na niego, unosząc jedną brew. Wyciągnęła do niego lewą rękę. Opuszkiem palca delikatnie stuknęła czubek jego nosa. Uśmiechnęła się opiekuńczo, przyciągając rękę do siebie.
            - Nie jestem jakąś dziewczyną z bogatej rodziny. Nawet nie nazywam się Lena  Pourbaix, ale mówią, że jestem do niej podobna. Na imię mam Robin. Jestem członkinią dość dziwnej grupy i... cóż. Ostatnio uznali, że jestem mało komunikatywna i ciężko przychodzi mi dogadywanie się z ludźmi, dlatego znaleźli mi was, żebym popracowała z kimś nowym. To ma mi niby uzmysłowić co robię źle, no i dać czas, żeby nieco ochłonąć. To jak? Starczy? Teraz dajcie telefon. - Zawarczała na końcu jak wściekły pies.
            - Jake, daj jej telefon. - Wyszeptał Max, który wyglądał na coraz bardziej przestraszonego.
            Robin dostała komórkę. Wystukała numer, który doskonale pamiętała.
            - No... - Zdążyła wymówić, zanim odciągnęła telefon od ucha. - Oj no... - Wymamrotała, przykładając słuchawkę z powrotem. - Tsss... - Kolejna długa cisza. Brwi na jej czole zeszły się w geście poirytowania. - Muszę się przebrać. - Wysyczała przez zęby. - Ale! - Krzyknęła, po czym znów nadeszła pauza. - Super... - Rozłączyła się i oddała telefon właścicielowi.
            - Czyli jedziemy do Detroit? - Zapytał Jacob.
            Kobieta skinęła głową. Wyjechała z lasu. Rozpędziła samochód i niemal natychmiast znaleźli się na drodze krajowej. Jacob nieco się rozluźnił, czując ulgę, jakby wiedział, że teraz wszystko będzie już w porządku. Niestety Max nie był w stanie usiedzieć spokojnie. Cisza trwała ponad półtorej godziny, dopóki Robin nie zahaczyła skrajem opony o jakiś kamień. Przy dużej prędkości samochodem zarzuciło na bok, ale kobieta szybko odzyskała kontrolę nad pojazdem. Na całe szczęście byli jedynymi uczestnikami ruchu.
            - Pozabijasz nas! - Wrzasnął dryblas.
            - Co jest! - Odezwał się, wyrwany ze snu Jake.
            - Spokojnie. To tylko kamyczek.
            - Jedziesz za szybko!
            - Ha ha ha! Ale za to zostało nam tylko pół godziny drogi.
            Jacob zmarszczył brwi z niedowierzaniem, podczas gdy jego przyjaciel zaskomlał pod nosem. Napakowany mężczyzna jeszcze przez jakiś czas mamrotał coś pod nosem, głaszcząc czule drzwi obok siebie. Jake wywrócił oczyma, widząc zachowanie kompana. Chcąc dowiedzieć się czegoś o kobiecie, prowadzącej samochód, uznał, że spróbuje przesiąść się do przodu. Podniósł się, przełożył prawą nogę na przednie siedzenie pasażera, opierając się plecami o dach. Przesunął się bliżej przodu. Przeciągnął drugą nogę i opadł na fotel. Robin zerknęła na niego od niechcenia.
            - Max'em się nie przejmuj. Przejdzie mu.
            - Yhym.
            - Mówiłaś coś wcześniej o tym, że masz problemy z dogadywaniem się z ludźmi.
            Odwróciła głowę w jego stronę, obdarowując go jednym z najbardziej piorunujących spojrzeń, jakie w życiu widział. Uniósł dłonie w poddańczym geście. Resztę trasy już nikt nie przerwał milczenia.

1 komentarz:

  1. Jak na moje oko ciut za mało opisów. Akcja jest zbyt dynamiczna, przez co ciężko jest nadążyć za zmianami.
    Pióro przyjemne do czytania, pisz i się rozwijaj.

    OdpowiedzUsuń