Zatrzymałam się przed
jakimś rozpadającym się warsztatem. Wysiadłam, nie przejmując się tamtymi młotkami.
Przed bramą stał mój stary znajomy, którego nie widziałam już ze dwa lata.
- Nic się nie
zmieniłeś! - Zawołałam podchodząc do niego. Facet z krótką, blond czupryną
uśmiechnął się, wyciągając z kieszeni paczkę fajek. Wzięłam jednego papierosa.
- Za to ty
wyładniałaś. - Uśmiechał się teraz jeszcze szerzej. Przyłożyłam papierosa do
ust, czekając cierpliwie, aż mi go odpali. - A to co za amanciki? Za starzy na
rekrutów.
- Nie chrzań...
Powiedzieli, że mnie wyjebią, jeśli nie dogadam się z jakimiś obcymi.
- Sama ich wybrałaś?
- Za cholerę! -
Wrzasnęłam może zbyt głośno. - Po twoim odejściu wszystko zaczęło się sypać...
Przerzucili mnie do trójki, bo nikt nie mógł okiełznać młodzików, ale koniec
końców grupa się rozpadła...
- Może byłaś zbyt
ostra? Powinnaś czasami odpuszczać.
- Shade, przecież...
- Co jest młoda?
Uśmiechnęłam się
krzywo. Brakowało mi go... Brakowało mi całej naszej ekipy. Byliśmy zgrani,
pracowaliśmy najlepiej ze wszystkich, plan zawsze był zrealizowany dokładnie
tak, jak tego wymagali przełożeni. Nigdy nikt się nie skarżył. Każdy podkładał
się za każdego, nikt nie ponosił odpowiedzialności w pojedynkę, działaliśmy jak
jedna maszyna.
- Z nikim nie mam
kontaktu... Dzisiaj gadałam z Kołkiem (Jose). Opierdolił mnie z góry na dół...
Powiedział, że Bladą wyrzucili w zeszłym miesiącu, bo też były z nią problemy.
- Bladą? Ale przecież
Melba nigdy nie była problematyczna...
- A ja jestem?
W odpowiedzi
usłyszałam tylko śmiech. Jacob z Max'em właśnie do nas dołączyli. Czułam tak
wiele niechęci w stosunku do nich, jak jeszcze nigdy w życiu. Shade musiał
zdawać sobie z tego sprawę. Położył mi dłoń na ramieniu, a nie robił tego zbyt
często. Ostatni raz miało to miejsce, kiedy dał mi moją pierwszą paczkę papierosów...
- W tamtym barze
pracuje moja znajoma. Da ci jakieś łaszki na zmianę. - Zerknęłam na tamtych
dwóch idiotów. - Ja z nimi pogadam. Leć.
Kopnęłam po drodze
jakiś mały kamyk. Te ubrania działały mi na nerwy coraz bardziej, a już
najgorsze z tego zastawu były buty... Kto normalny chodzi w czymś, co ma
obcasy? Przecież to niewygodne!
Weszłam do baru.
Prawie wszystkie stoliki były zajęte. Większość z towarzystwa albo spała, albo
była zalana w trupa. Podeszłam do lady. Za barem stała kobieta wyższa ode mnie.
Jej twarz wyrażała dezaprobatę i zdziwienie. Przeklinałam te ubrania... Gdybym
nie była tak odstawiona, nie patrzyła by tak na mnie, ale całkowicie ją
rozumiałam... Też bym tak na siebie patrzyła, ale cholernie mi zależy na
odzyskaniu swojego zespołu, więc jestem zdolna do wszelkich poświęceń.
- Shade powiedział,
że dostanę od ciebie coś na przebranie. - Starałam się nie zabrzmieć zbyt
opryskliwie, ale też niezbyt grzecznie. Jeszcze tego brakowało, żebym wyszła na
jakąś lalunię...
Kobieta zmierzyła
mnie wzrokiem. Kącik ust uniósł jej się lekko, jednak powstrzymała swój wybuch
śmiechu. Odchrząknęła głośno i zwróciła się do kogoś z zaplecza.
- Chodź. - Rzuciła,
znikając za drzwiami.
Weszłyśmy na
poddasze, które było sprytnie przerobione na prowizoryczne mieszkanie. Wszystko
było na wspólnej powierzchni, poza odgrodzonym ścianami pomieszczeniem, które
musiało być zapewne łazienką. Kazała mi czekać przy dużej, starej szafie, a
sama przekopała zawartość swojej komody. Wróciła z rozciągniętymi dresami i
szarym t-shirtem w ogromnym rozmiarze.
- No lalka, mam
nadzieję, że może być.
Zaczęłam się
przebierać bez słowa. Po założeniu dresów, dotarło do mnie, że nie mogę
paradować boso, a nie mam zamiaru więcej zakładać tamtych przeklętych laczków.
- A masz może jakieś
trampy na zbyciu? - Zapytałam, trzymając t-shirt.
Przechyliła głowę na
bok. Jej zdziwienie wzrosło jeszcze bardziej, a rozbawienie rozpłynęło się w
powietrzu.
- Kim ty jesteś? To
wszystko się kupy nie trzyma.
- Doskonale cie
rozumiem, ale czego się nie robi z miłości... Ale tak na poważnie, nie masz
jakiś wygodnych butów?
- Jaki masz rozmiar?
- 38.
Otworzyła szafę i
wyciągnąwszy z niej parę znoszonych adidasów, rzuciła mi je przed nogi.
- Wyjaśnisz mi to
wszystko? Muszę przyznać, że rozbudziłaś moją ciekawość.
- A mogę liczyć na
porządną kawę? - Skinęła głową.
- Margot.
- Robin.
Wróciłyśmy do baru.
Kobieta zaparzyła kawę, krzycząc na swojego pracownika, żeby zaczął wyganiać
już klientów i powoli zamykał lokal. Kiedy wróciła do mnie, postawiła przede
mną duży kubek i dzbanek porządnego esspresso.
- Co tak w ogóle
łączy cie z Shade'em?
- Pracowaliśmy razem, dopóki nie odszedł... Nie miałam z nim kontaktu od prawie dwóch lat. Teraz trafiłam
na niego zupełnie przypadkiem. Nie wiedziałam, że tu mieszka, a tym bardziej,
że prowadzi warsztat samochodowy.
- Ha ha ha! Z niego
taki mechanik jak ze mnie modelka. Postawiłam mu swój samochód już pięć razy i
dopóki jego pracownik się za niego nie zabrał, to rzęch dalej się psuł. Z
resztą to i tak tylko przykrywka. Wiesz... Shade jest chyba dość sentymentalny.
Zawsze gada o swojej ulubienicy z pracy, o tym jak świetnie pracowało mu się ze
wszystkimi, jak lubił ten zawód... Teraz handluje bronią na lewo. Znajdziesz u
niego wszystko. Dlatego byłam dość opryskliwa. Myślałam, że jesteś jedną z tych
lasek, które plączą się za jego klientami.
- W życiu! Te
ciuchy... Gah... Miałam się podszyć, za jakąś dziunię z bogatej rodziny. A
wszystko po to, żeby móc wejść do jakiegoś lokalu na umówione spotkanie.
- Ha ha! Więc to
poświęcenie zawodowe?
- Dokładnie... Postawili
mi warunek. Mam się teraz ujadać z dwoma przygłupami, żeby udowodnić
przełożonym, że nie mam problemów z komunikacją i działaniem zespołowo.
W tym momencie
usłyszałam, jak za moimi plecami otwierają się drzwi. Jakiś mężczyzna krzyknął,
że już zamknięte, ale nowym gościom najwyraźniej to nie przeszkadzało.
- To chyba twoje
"przygłupy". - Szepnęła Margot. - Podać coś? - Zwróciła się do nich.
- Nie trzeba. -
Burknął Jacob. - Musimy znaleźć miejsce do spania. - Wpatrywał się we mnie
nachalnie, aż miałam ochotę go spoliczkować.