poniedziałek, 28 września 2015

Prawdziwa Robin

// Dobra! Pierwsze dwie notki były prologiem. Poznaliście główną bohaterkę, ale tak naprawdę nic o niej nie wiecie. Teraz szykuje się największy zwrot akcji, po którym wszystko powinno się unormować. Tak jakby... :) Nasza dzielna bohaterka od teraz będzie pokazywać Wam swoją prawdziwą twarz i ujawni swoje mniejsze i większe tajemnice, ale oczywiście nie wszystko na raz. Zapraszam do lektury ;) //



            Zatrzymałam się przed jakimś rozpadającym się warsztatem. Wysiadłam, nie przejmując się tamtymi młotkami. Przed bramą stał mój stary znajomy, którego nie widziałam już ze dwa lata.
            - Nic się nie zmieniłeś! - Zawołałam podchodząc do niego. Facet z krótką, blond czupryną uśmiechnął się, wyciągając z kieszeni paczkę fajek. Wzięłam jednego papierosa.
            - Za to ty wyładniałaś. - Uśmiechał się teraz jeszcze szerzej. Przyłożyłam papierosa do ust, czekając cierpliwie, aż mi go odpali. - A to co za amanciki? Za starzy na rekrutów.
            - Nie chrzań... Powiedzieli, że mnie wyjebią, jeśli nie dogadam się z jakimiś obcymi.
            - Sama ich wybrałaś?
            - Za cholerę! - Wrzasnęłam może zbyt głośno. - Po twoim odejściu wszystko zaczęło się sypać... Przerzucili mnie do trójki, bo nikt nie mógł okiełznać młodzików, ale koniec końców grupa się rozpadła...
            - Może byłaś zbyt ostra? Powinnaś czasami odpuszczać.
            - Shade, przecież...
            - Co jest młoda?
            Uśmiechnęłam się krzywo. Brakowało mi go... Brakowało mi całej naszej ekipy. Byliśmy zgrani, pracowaliśmy najlepiej ze wszystkich, plan zawsze był zrealizowany dokładnie tak, jak tego wymagali przełożeni. Nigdy nikt się nie skarżył. Każdy podkładał się za każdego, nikt nie ponosił odpowiedzialności w pojedynkę, działaliśmy jak jedna maszyna.
            - Z nikim nie mam kontaktu... Dzisiaj gadałam z Kołkiem (Jose). Opierdolił mnie z góry na dół... Powiedział, że Bladą wyrzucili w zeszłym miesiącu, bo też były z nią problemy.
            - Bladą? Ale przecież Melba nigdy nie była problematyczna...
            - A ja jestem?
            W odpowiedzi usłyszałam tylko śmiech. Jacob z Max'em właśnie do nas dołączyli. Czułam tak wiele niechęci w stosunku do nich, jak jeszcze nigdy w życiu. Shade musiał zdawać sobie z tego sprawę. Położył mi dłoń na ramieniu, a nie robił tego zbyt często. Ostatni raz miało to miejsce, kiedy dał mi moją pierwszą paczkę papierosów...
            - W tamtym barze pracuje moja znajoma. Da ci jakieś łaszki na zmianę. - Zerknęłam na tamtych dwóch idiotów. - Ja z nimi pogadam. Leć.
            Kopnęłam po drodze jakiś mały kamyk. Te ubrania działały mi na nerwy coraz bardziej, a już najgorsze z tego zastawu były buty... Kto normalny chodzi w czymś, co ma obcasy? Przecież to niewygodne!
            Weszłam do baru. Prawie wszystkie stoliki były zajęte. Większość z towarzystwa albo spała, albo była zalana w trupa. Podeszłam do lady. Za barem stała kobieta wyższa ode mnie. Jej twarz wyrażała dezaprobatę i zdziwienie. Przeklinałam te ubrania... Gdybym nie była tak odstawiona, nie patrzyła by tak na mnie, ale całkowicie ją rozumiałam... Też bym tak na siebie patrzyła, ale cholernie mi zależy na odzyskaniu swojego zespołu, więc jestem zdolna do wszelkich poświęceń.
            - Shade powiedział, że dostanę od ciebie coś na przebranie. - Starałam się nie zabrzmieć zbyt opryskliwie, ale też niezbyt grzecznie. Jeszcze tego brakowało, żebym wyszła na jakąś lalunię...
            Kobieta zmierzyła mnie wzrokiem. Kącik ust uniósł jej się lekko, jednak powstrzymała swój wybuch śmiechu. Odchrząknęła głośno i zwróciła się do kogoś z zaplecza.
            - Chodź. - Rzuciła, znikając za drzwiami.
            Weszłyśmy na poddasze, które było sprytnie przerobione na prowizoryczne mieszkanie. Wszystko było na wspólnej powierzchni, poza odgrodzonym ścianami pomieszczeniem, które musiało być zapewne łazienką. Kazała mi czekać przy dużej, starej szafie, a sama przekopała zawartość swojej komody. Wróciła z rozciągniętymi dresami i szarym t-shirtem w ogromnym rozmiarze.
            - No lalka, mam nadzieję, że może być.
            Zaczęłam się przebierać bez słowa. Po założeniu dresów, dotarło do mnie, że nie mogę paradować boso, a nie mam zamiaru więcej zakładać tamtych przeklętych laczków.
            - A masz może jakieś trampy na zbyciu? - Zapytałam, trzymając t-shirt.
            Przechyliła głowę na bok. Jej zdziwienie wzrosło jeszcze bardziej, a rozbawienie rozpłynęło się w powietrzu.
            - Kim ty jesteś? To wszystko się kupy nie trzyma.
            - Doskonale cie rozumiem, ale czego się nie robi z miłości... Ale tak na poważnie, nie masz jakiś wygodnych butów?
            - Jaki masz rozmiar?
            - 38.
            Otworzyła szafę i wyciągnąwszy z niej parę znoszonych adidasów, rzuciła mi je przed nogi.
            - Wyjaśnisz mi to wszystko? Muszę przyznać, że rozbudziłaś moją ciekawość.
            - A mogę liczyć na porządną kawę? - Skinęła głową.
            - Margot.
            - Robin.
            Wróciłyśmy do baru. Kobieta zaparzyła kawę, krzycząc na swojego pracownika, żeby zaczął wyganiać już klientów i powoli zamykał lokal. Kiedy wróciła do mnie, postawiła przede mną duży kubek i dzbanek porządnego esspresso.
            - Co tak w ogóle łączy cie z Shade'em?
            - Pracowaliśmy razem, dopóki nie odszedł... Nie miałam z nim kontaktu od prawie dwóch lat. Teraz trafiłam na niego zupełnie przypadkiem. Nie wiedziałam, że tu mieszka, a tym bardziej, że prowadzi warsztat samochodowy.
            - Ha ha ha! Z niego taki mechanik jak ze mnie modelka. Postawiłam mu swój samochód już pięć razy i dopóki jego pracownik się za niego nie zabrał, to rzęch dalej się psuł. Z resztą to i tak tylko przykrywka. Wiesz... Shade jest chyba dość sentymentalny. Zawsze gada o swojej ulubienicy z pracy, o tym jak świetnie pracowało mu się ze wszystkimi, jak lubił ten zawód... Teraz handluje bronią na lewo. Znajdziesz u niego wszystko. Dlatego byłam dość opryskliwa. Myślałam, że jesteś jedną z tych lasek, które plączą się za jego klientami.
            - W życiu! Te ciuchy... Gah... Miałam się podszyć, za jakąś dziunię z bogatej rodziny. A wszystko po to, żeby móc wejść do jakiegoś lokalu na umówione spotkanie.
            - Ha ha! Więc to poświęcenie zawodowe?
            - Dokładnie... Postawili mi warunek. Mam się teraz ujadać z dwoma przygłupami, żeby udowodnić przełożonym, że nie mam problemów z komunikacją i działaniem zespołowo.
            W tym momencie usłyszałam, jak za moimi plecami otwierają się drzwi. Jakiś mężczyzna krzyknął, że już zamknięte, ale nowym gościom najwyraźniej to nie przeszkadzało.
            - To chyba twoje "przygłupy". - Szepnęła Margot. - Podać coś? - Zwróciła się do nich.
            - Nie trzeba. - Burknął Jacob. - Musimy znaleźć miejsce do spania. - Wpatrywał się we mnie nachalnie, aż miałam ochotę go spoliczkować.

wtorek, 22 września 2015

Początku ciąg dalszy



            Piętnaście minut później Jacob razem z Max’em opuścili budynek przez tylne wyjście. Zadowoleni z siebie powędrowali do jednego z podziemnych garaży w mieście. Wsiedli razem do samochodu, by jak najszybciej wyjechać z miasta.
            - Zadzwoń do Leny – powiedział Max. – Wiem, że ci na niej zależy. Zadzwoń!
            - To był ostatni raz... Nie chcę więcej jej pomocy.
            - Dzwoń kretynie! – wrzasnął na Jake’a przyjaciel.
            Brunet wziął do ręki telefon i wybrał numer do Leny. Odczekał kilka sygnałów.
            - Jeżeli nie chcesz, żeby tej małej stała się krzywda, to lepiej, żebym dostał swój towar. W przeciwnym wypadku, ta laleczka nie zobaczy już światła słonecznego, a tego chyba nie chcemy?
            - Ty jebany sukinsynie! Co jej zrobiłeś!
            - Jeszcze nic, ale już niedługo będę musiał pozbawić ją jakiejś kończyny, bo nie otrzymałem paczki. Nie tak się umawialiśmy, ale w sumie... Ta mała też może być. Nie dorobię się na niej co prawda, ale zawsze lepszy wróbel w garści, niż gołąb  na dachu. Wiesz, gdzie mnie szukać. Czekam w zamkniętej fabryce do pierwszej, później możesz zapomnieć o swojej Lenie.
            Połączenie zostało zerwane, a Jacob wściekły przez zaistniałą sytuację, uderzył w szybę tak mocno, że aż roztrzaskał szkło na tysiące małych kawałeczków.
            - Co jest?! – wrzasnął Max.
            - To jest, że cwel zajarzył, że chcieliśmy go wykiwać... Mają Lenę...
            Pisk opon rozdarł powietrze. Kierowcy z przejeżdżających w pobliżu aut, patrzyli z niedowierzaniem, jak Max nagle zmienia kierunek jazdy. Licznik pokazywał coraz większą prędkość, mimo to dryblas nadal wciskał pedał gazu do samej podłogi. Wyprzedzał wszystkie samochody. Nie przejmował się nawet tym czy ściągnie sobie na kark policję. Teraz liczyło się dla niego bezpieczeństwo kobiety, która im pomagała i przez to narażała swoje życie.
            - Gdzie jest ta cholerna płyta?
            - Tu – powiedział Jacob, wyciągając dany przedmiot ze schowka samochodowego. – Lena miała pusty dysk.
            - Idiota! A podobno to ja jestem głupszy...
            - Odpierdol się! Nie wiedziałem, że to tak się skończy.
            Kolejny pisk  opon, który tym razem sygnalizował hamowanie. Samochód zatrzymał się przed opuszczoną fabryką farb olejnych. Mężczyźni wysiedli i szli powoli w stronę wejścia. Zatrzymali się na chwilę przed wejściem, żeby upewnić się, że mają ze sobą broń. Nie zamierzali dać się wystrzelać jak bezbronne kaczki.
            - Proszę, proszę, proszę. Jaka szybka reakcja... Nigdy nie podejrzewałem, że potraficie działać, aż tak impulsywnie.
            Na środku wielkiej sali stało krzesło, na którym siedziała spokojna kobieta. Wyglądała na całkowicie zrelaksowaną, jakby kompletnie nie wiedziała co się dzieje. Spojrzała na Jake’a pytająco. Sprawiała wrażenie, jakby nie chciała ich pomocy.
            - Puść ją!
            - Nie uważasz, że to byłoby zbyt proste?
            - A jakie ma być? Ty dostaniesz swoją zabawkę, a dziewczyna zniknie ci z oczu razem z dwójką gości, którzy działają ci na nerwy. Wydaje mi się, że to idealne rozwiązanie dla każdej ze stron.
            Jakiś mężczyzna podszedł do Leny i wyswobodził ją ze sznurów. Kobieta podeszła spokojnie do Jacoba. Odwróciła się twarzą do nowego właściciela płyty.
            - Ech... - Westchnęła. Zwiesiła głowę, zasłaniając twarz włosami, lecz po chwili odrzuciła je do tyłu patrząc z pogardą na nowego właściciela płyty. - Wiedziałam, że to się nie uda. - Przycisnęła palec do ucha, przechylając głowę na bok. - Trzy... Dwa... Jeden... - Miejsce wypełniło się gęstą chmurą duszącego dymu, a ciszę po odliczaniu przerwał pojedynczy strzał. Lena chwyciła swoich wybawicieli za przedramiona i zaciągnęła ich pospiesznie do samochodu, którym przyjechali. Usiadła za kierownicą. Odpaliła silnik kluczykiem, który niezauważenie zabrała Max'owi. Odjechała tak szybko, jak to było możliwe. Zmieniając kierunek i tempo jazdy, wyjechała poza miasto. Zatrzymała się na leśnej drodze.
            - Co to było do cholery?!
            - Nic takiego... To dość skomplikowane... Jeśli pozwolicie... Chciałabym się do was przyłączyć na dłużej – uśmiechnęła się sympatycznie do obydwu mężczyzn, siedzących na tylnym siedzeniu.
            Max ochotniczo potrząsnął głową, mając już w głowie plan, jak tu załatwić przyjacielowi panienkę, natomiast Jake... Nie był zadowolony z tego pytania. Zaczął martwić się o jej delikatne ciało, które tak bardzo było narażone na uszkodzenia. Jej życie było dla niego zbyt cenne i nie zamierzał znów dopuścić do podobnej sytuacji, jaka przed chwila miała miejsce.
            - Proszę... Jacob... Jesteś mi to winien. Zepsułeś mi akcję.
            - Jaką akcję, do cholery? Co tam się wydarzyło?
            Kobieta przycisnęła swoje ucho tak, jak zrobiła do w fabryce. Zamknęła oczy, wzdychając ciężko. Zaklęła pod nosem. Z kieszeni płaszcza wyciągnęła paczkę papierosów i zapalniczkę. Wyciągnęła jednego papierosa. Po dwóch sporych zaciągnięciach, spojrzała na mężczyzn, lecz jej twarz była teraz zupełnie skamieniała.
            - Ujmę to tak. Macie całkiem spore doświadczenie. Szkoda by było to zmarnować, więc jeśli mówię, że chcę się do was przyłączyć, lepiej po prostu przytaknijcie. - Jej głos brzmiał nad wyraz groźnie. Zarówno Jacob, jak i Max poczuli się teraz nieswojo.
            - To znaczy...
            - Super! To macie jakieś następne zlecenia? Gdzie jedziemy? Ach! Trzeba by wymienić tego gruchota. Jest trochę za wolny. Wolę jak maszyna ma większego kopa. - Uśmiechnęła się promiennie, a wyraz jej twarzy przybrał bardziej dziecinny charakter.
            - Detroit. - Wyszeptał Max, za co jego przyjaciel uderzył do łokciem w brzuch.
            - Hm... Macie jakiś telefon?
            - Czy ja się w końcu dowiem, co tu się dzieje?
            Szatynka spojrzała na niego, unosząc jedną brew. Wyciągnęła do niego lewą rękę. Opuszkiem palca delikatnie stuknęła czubek jego nosa. Uśmiechnęła się opiekuńczo, przyciągając rękę do siebie.
            - Nie jestem jakąś dziewczyną z bogatej rodziny. Nawet nie nazywam się Lena  Pourbaix, ale mówią, że jestem do niej podobna. Na imię mam Robin. Jestem członkinią dość dziwnej grupy i... cóż. Ostatnio uznali, że jestem mało komunikatywna i ciężko przychodzi mi dogadywanie się z ludźmi, dlatego znaleźli mi was, żebym popracowała z kimś nowym. To ma mi niby uzmysłowić co robię źle, no i dać czas, żeby nieco ochłonąć. To jak? Starczy? Teraz dajcie telefon. - Zawarczała na końcu jak wściekły pies.
            - Jake, daj jej telefon. - Wyszeptał Max, który wyglądał na coraz bardziej przestraszonego.
            Robin dostała komórkę. Wystukała numer, który doskonale pamiętała.
            - No... - Zdążyła wymówić, zanim odciągnęła telefon od ucha. - Oj no... - Wymamrotała, przykładając słuchawkę z powrotem. - Tsss... - Kolejna długa cisza. Brwi na jej czole zeszły się w geście poirytowania. - Muszę się przebrać. - Wysyczała przez zęby. - Ale! - Krzyknęła, po czym znów nadeszła pauza. - Super... - Rozłączyła się i oddała telefon właścicielowi.
            - Czyli jedziemy do Detroit? - Zapytał Jacob.
            Kobieta skinęła głową. Wyjechała z lasu. Rozpędziła samochód i niemal natychmiast znaleźli się na drodze krajowej. Jacob nieco się rozluźnił, czując ulgę, jakby wiedział, że teraz wszystko będzie już w porządku. Niestety Max nie był w stanie usiedzieć spokojnie. Cisza trwała ponad półtorej godziny, dopóki Robin nie zahaczyła skrajem opony o jakiś kamień. Przy dużej prędkości samochodem zarzuciło na bok, ale kobieta szybko odzyskała kontrolę nad pojazdem. Na całe szczęście byli jedynymi uczestnikami ruchu.
            - Pozabijasz nas! - Wrzasnął dryblas.
            - Co jest! - Odezwał się, wyrwany ze snu Jake.
            - Spokojnie. To tylko kamyczek.
            - Jedziesz za szybko!
            - Ha ha ha! Ale za to zostało nam tylko pół godziny drogi.
            Jacob zmarszczył brwi z niedowierzaniem, podczas gdy jego przyjaciel zaskomlał pod nosem. Napakowany mężczyzna jeszcze przez jakiś czas mamrotał coś pod nosem, głaszcząc czule drzwi obok siebie. Jake wywrócił oczyma, widząc zachowanie kompana. Chcąc dowiedzieć się czegoś o kobiecie, prowadzącej samochód, uznał, że spróbuje przesiąść się do przodu. Podniósł się, przełożył prawą nogę na przednie siedzenie pasażera, opierając się plecami o dach. Przesunął się bliżej przodu. Przeciągnął drugą nogę i opadł na fotel. Robin zerknęła na niego od niechcenia.
            - Max'em się nie przejmuj. Przejdzie mu.
            - Yhym.
            - Mówiłaś coś wcześniej o tym, że masz problemy z dogadywaniem się z ludźmi.
            Odwróciła głowę w jego stronę, obdarowując go jednym z najbardziej piorunujących spojrzeń, jakie w życiu widział. Uniósł dłonie w poddańczym geście. Resztę trasy już nikt nie przerwał milczenia.

poniedziałek, 14 września 2015

Początek



//Opowiadanie zaczęło się tworzyć, gdy jeszcze byłam w gimnazjum, a teraz jestem już na studiach, a mimo to niewiele go przyrosło... Mam nadzieję, że publikując regularnie kolejne części, zmotywuję się jakoś do dalszego pisania i uporządkuję w nim wszystko od A do Z. Nie będę nikogo wprowadzać, bo mam tendencję do zbytniego spoilerowania. Zatem zapraszam do lektury ;) //


            Ponury wieczór. Z nieba spadały pojedyncze krople zimnego, jesiennego deszczu. Wysoka, szczupła kobieta szła samotnie brukowym chodnikiem. Jej włosy z powodu wilgoci zaczęły skręcać się na końcach. Od ścian budynków odbijały się echem stukania obcasów. Kobieta przyspieszyła kroku, jakby była już gdzieś spóźniona. Chwilę później weszła do jednego z bloków mieszkalnych. Drzwi wejściowe zaskrzypiały ze starości, witając ją posępnie. Biegła delikatnie i lekko po schodach. Zatrzymała się na trzecim piętrze. Poprawiła płaszcz i włosy. Wyciągnęła z torebki małe lusterko i przyjrzała się swojemu odbiciu. Zagrzebała ponownie w torebce, żeby wyciągnąć pomadkę, którą pomalowała wydatne usta. Odetchnęła głęboko i wrzuciwszy wszystko do torebki zapukała do drzwi z numerem 6.
            Kolejne skrzypiące drzwi zostały otworzone. W progu stanął potężnej postury mężczyzna. Na jego twarzy malował się złośliwy uśmiech. Gestem ręki zaprosił kobietę do środka.
            Mieszkanie było okropne. Farba odpadała płatami od ścian, okna były pozaklejane lub zastawione jakimś dużym meblem, po podłodze przebiegały myszy z kawałkami jedzenia, a w kącie pomieszczenia, które najprawdopodobniej było niegdyś salonem, leżały zwłoki biało-czarnego kota. Kobieta usiadła na dziurawej i brudnej kanapie. Ręce złożyła na kolanach i czekała, aż mężczyzna coś powie.
            - O pierwszej przyjdzie Jacob. Powinien przynieść zestaw. Mam nadzieję, że pamiętasz jakie jest twoje zadanie.
            Jasno brązowe włosy zakołysały się delikatnie, gdy kiwała twierdząco głową. Uśmiechnęła się zawadiacko i spojrzała w stronę przebiegającej z okruchem chleba myszy.
            - Jak długo jeszcze? – zapytała, patrząc nieprzytomnie na podłogę.
            - To zależy od Jake’a, ale mam nadzieje, że niedługo. Strasznie tu śmierdzi.
            Szatynka pokiwała głową. Mężczyzna usiadł obok niej. Zaczął bawić się jej włosami. Była to dla niego odskocznia od codziennego życia, sam nie był w stanie do końca uwierzyć, że tak delikatna osoba może zadawać się z tak wyjątkowo okrutnymi oprychami jakim był on i jego przyjaciel.
            - Dlaczego to robisz? – przerwał ciszę dryblas.
            - Ale co? – zapytała, patrząc na niego.
            - Pomagasz... Po co?
            Uśmiechnęła się ciepło i odwróciła wzrok. Skierowała swoje spojrzenie na zaklejone kartonami okno, jakby chciała podziwiać to, co jest po drugiej stronie.
            - Mam mały dług do spłacenia.
            - Nie wierzę! Niemożliwe!
            - Nikt nie kazał ci w to wierzyć. Ja tylko odpowiadam na zadane mi pytanie i to, co powiedziałam, nie jest do końca kłamstwem.
            - Ale prawdą też nie jest...? – zapytał zaciekawiony.
            - Max, Lena! Ruszcie tyłki! Wychodzimy! – wrzasnął Jacob, wchodząc do mieszkania bardzo gwałtownie i niespodziewanie.
            Kobieta podniosła się z kanapy ruchem pełnym gracji i delikatności. Wyszła z mieszkania, podążając za wysokim brunetem z nietypową blizną na prawym barku, którą można było dostrzec, gdyż nie miał na sobie nic prócz zwykłego podkoszulka. Za nimi wlekł się mężczyzna wyglądający jak szprycowany sterydami siłacz.
            Szli we trójkę po opuszczonych ulicach. Panowała cisza. W mieszkaniach gaszono już ostanie światła i szykowano się do snu. Trio nietypowych ludzi szło do najpopularniejszego klubu w mieście. Do otwarcia zostało im jeszcze dwadzieścia minut, ale jako "VIP’owie" mieli być dziesięć minut przed uroczystym rozpoczęciem.
            - Stójcie! – powiedział „goryl” stojący na wejściu do klubu. – Imiona.
            - Och, jesteśmy zapisani pod nazwiskiem Pourbaix – powiedziała słodkim głosem.
            - Lena? – zapytał z niedowierzaniem. – Proszę, nie mów szefowi, że od razu cie nie wpuściłem... Rozszarpałby mnie...
            Uśmiechnęła się do mężczyzny, przechodząc obok niego. Weszła do środka ze swymi towarzyszami. Zatrzymali się jeszcze w holu. Miejsce to nie było dobrze oświetlone, to też nikt nie mógłby zobaczyć, co dokładnie robią.
            - Lena! Pamiętaj! O trzeciej już cie tu nie ma! Jasne? Jeśli złapią ciebie, to i my leżymy, a ja nie zamierzam kończyć na tej akcji.
            - Dałeś jej towar? – dopytywał się Max.
            - Ta... Lena! Słuchaj mnie! Jeszcze nie skończyłem! Jeśli coś spieprzysz to przysięgam, że oderwę ci tę śliczną główkę własnoręcznie – zagroził Jake.
            Lena pokiwała posłusznie głową i przeszła do wnętrza klubu. Teraz miała zmierzyć się ze swoim zadaniem sama. Jacob i Max musieli załatwić prywatne interesy, których szczegółów nie znała. Nie wiedziała, że dzisiejszej nocy miał zginąć jej znienawidzony ojczym, który zamordował jej matkę, tylko po to, aby zgarnąć fortunę.
            Barman za ladą wycierał szklanki i uparcie dopytywał się siedzącej przy barze szatynki, czy przypadkiem czegoś jej nie potrzeba.
            - Potrzeba mi tylko tego, żebyś się odpierdolił. Da radę załatwić?
            - Spokojnie maleńka. Płacą mi za to, że jestem upierdliwy.
            - To dziwne, bo nic o tym nie wiem, a interes jest w połowie mój.
            - Mistrzyni ciętej riposty... – usłyszała za swoimi plecami zachrypnięty, męski głos.
            Spojrzała przez ramię do tyłu. Rozpoznała mężczyznę, z którym miała dziś dobić targu. Towarem miało być coś bardzo cennego, jednak nie obchodziło jej, czym to jest. W klubie było jeszcze pusto, co bardzo cenili sobie VIP’owie. Idealna chwila na załatwianie prywatnych interesów, na moment przed nocną zabawą. Kobieta poszła w stronę jednego z pokoi. Mężczyzna szedł tuż za nią. Weszli razem do pomieszczenia. Słychać było, jak drzwi zamykają się od środka na klucz.
            - Masz?
            - Pytanie powinno brzmieć: "ile?" – powiedziała, ze złowieszczym uśmiechem.
            - Nie baw się ze mną skarbie, bo jeszcze ci się oberwie. Jeśli już chcesz się podroczyć, to może zmienimy lokal...?
            - Nie zamierzam opuszczać tak miłego miejsca. Lepiej przejdźmy do sedna.
            - Cała kwota – powiedział mężczyzna, stawiając walizkę na stole.
            Kobieta otworzyła walizkę i przyjrzała się banknotom.
            - Nieaktualne – powiedziała, wzruszając ramionami.
            - CO?! Przecież...
            - Ale to było wczoraj. Dziś stawka podskoczyła o pół miliona.
            - ŻARTUJESZ!?
            - Jeżeli nie masz kasy, to z pewnością znajdę dziś kogoś, kto ma odpowiednią sumkę – podniosła się z wygodnego fotela i powoli szła w stronę drzwi.
            - Nie! Czekaj! – zawołał. – Jeden telefon i kasa będzie na miejscu.
            Szatynka usiadła z powrotem na swoim miejscu. Patrzyła jak mężczyzna w popłochu wybiera numer z listy kontaktów. Wrzeszczał coś przez telefon w obcym języku, wymachując przy tym ręką. Na koniec schował telefon do wewnętrznej kieszeni marynarki.
            - Otworzysz? – zapytał wskazując na drzwi.
            Kobieta podeszła i otworzyła tak, jak ją o to prosił. Niestety to był błąd. Ledwie uchyliła drzwi, a ktoś uderzył ją w głowę czymś bardzo twardym i ciężkim. Bezwładne ciało opadło na podłogę. Mężczyźni zabrali pieniądze i nieprzytomną kobietę. Dyskretnie wynieśli ją z klubu, zapakowali do samochodu i odjechali.