Mijał
dzień za dniem, a ja zaczynałam popadać w rutynę. Te same miejsca, te same
czynności o stałych porach, aż nadszedł TEN dzień. Obudziłam się wieczorem,
czując dreszcze na całym ciele. Bałam się jak jasna cholera, jednoczenie czując
podekscytowanie na myśl, o zobaczeniu Shade'a. Zanim podniosłam się z łóżka, by
wbić się w monotonny ciąg, zamknęłam oczy, palcami powoli wędrowałam po swoich
wargach, wspominając smak jego ust. Przerwałam, zrywając się gwałtownie. To nie
była pora na sentymentalność. Uzbroiłam się jak co dzień i wyszłam z pokoju. Na
stołówce jak zawsze powitał mnie gwar tłumu, wśród którego udało mi się
odnaleźć wolny stolik, gdzie zjadłam kolację. Moja grupa czekała już na mnie
przy jeepie. Nocna służba dłużyła się bardziej niż zwykle, na dodatek miałam
problemy z koncentracją.
-
Szefowo. - Sprowadził mnie na ziemię Steven.
-
Co jest Młody?
-
Przerwa na dymka?
-
Mogę też? - Uprzedziło mnie ciche pytanie Nicolasa.
-
Krecik? Serio? - Odezwał się zbulwersowany Peter.
-
Ha ha ha. To może wszyscy się zbierzemy?
-
A co z patrolem?
-
Daj spokój! Nawet jeśli coś się stanie, będziemy mieli czas na reakcję. Migiem
mi wszyscy na plac.
Steven
dorobił się już swojej paczki i ochoczo wszystkich poczęstował. Nie mogłam
odmówić, zwłaszcza, że wczoraj wypaliłam ostatnie papierosy. Nicolas rozkaszlał
się przy pierwszym buchu, co rozśmieszyło nawet Petera.
-
Robin... - Odezwał się nieśmiało Gbur, gdy przestaliśmy się śmiać. - Chciałem
przeprosić... Jesteś w porządku.
Przechyliłam
głowę na bok, analizując jego wypowiedź, jednak nie byłam w stanie jej do końca
zrozumieć, więc poprosiłam o wyjaśnienie.
-
Bo... Ja myślałem, że jesteś zwykłą zadufaną dziunią, ale ty nie jesteś jak
inne kobiety... Jesteś lepsza nawet od naszego poprzedniego szefa.
-
Mówiłem głąbie, że będzie od niego lepsza!
-
Cicho Stev! - Warknął. - To ja namówiłem chłopaków na test... Myślałem, że cie
załatwimy i zrezygnujesz, albo nas opierdolisz i będziemy mogli prosić o
kolejną zmianę.
-
Za co miałabym was opierdalać? Mieliście prawo mi nie ufać. Jeśli mam być
szczera, to byłam gorszym wychowankiem od was. Byłam chyba jedyną osobą, która
potrafiła wyprowadzić naszego przełożonego z równowagi, a był najbardziej
opanowaną osobą, jaką znałam.
-
Łooooł... Szefowa była rebelem?
-
Cóż... Nagrabiłam sobie trochę w SOFTS. A zmieniając temat... Jadę popołudniu
do miasta, coś wam kupić?
-
Fajki! - Zawołał wesoło Steven, podnosząc rękę nad głowę.
-
Mogę prosić o zieloną herbatę? Nie mają jej na stołówce...
Wszyscy
spojrzeliśmy na Nicolasa, na co ten się zawstydził.
-
Dobra! Zielona herbata dla Krecika, a ty Młody, jakie chcesz te papierosy?
Po
powrocie chciałam się jeszcze zdrzemnąć, lecz nie mogłam zmrużyć oka.
Przeleżałam pół godziny, po czym wyszłam. Odebrałam kluczyki od samochodu,
który został mi użyczony przez SOFTS - nie był to McLaren, ale grunt, że w
ogóle coś mi dali. Pojechałam do centrum, gdzie znalazłam pierwszy lepszy
market. Kupiłam herbatę Krecikowi, papierosy Młodemu i sobie, a później
pojechałam w wyznaczone miejsce, skąd kanałem miałam dojść do piwnicy
laboratorium. Cieszyłam się, że ta część kanałów była nieczynna, bo dzięki temu
szłam suchą drogą, nie musząc brodzić w wodzie. Gdy doszłam do końca,
zobaczyłam, że kratka jest zdjęta. Weszłam po drabince. Ledwie wyjrzałam z
kanału, moim oczom ukazała się Melba.
-
Bobie! Całe wieki cie nie widziałam! - Złapawszy moją rękę, wyciągnęłac mnie z
dziury i przytuliła na powitanie. - Zawsze byłaś taka ładna?
-
Nie była.
-
Przytkaj się Lewy. - Burknął Łysy.
Shade
odchrząknął i dopiero wtedy go zauważyłam. Uśmiechnęłam się, gdy nasze oczy się
spotkały.
-
Brakuje mi was... - Wyszeptałam nieśmiało.
-
Ach! - Zawołała Blada, znów mnie tuląc. - Czy ona nie jest urocza?
-
Jest. - Potwierdził Shade, idąc w naszym kierunku. Gdy był wystarczająco
blisko, odsunął Melbę i zajął jej miejsce. - I dlatego uważam, że jestem
szczęściarzem.
-
Mam piwo. - Kołek zastukał butelkami.
-
A ja mam flaszkę! - Zawołał Lewus. - To co pijemy? - Szczerzył się, machając
butelką wódki.
Usiedliśmy
obok jakichś szafek, Melba wyciągnęła z torebki plastikowe kubeczki oraz sok
pomarańczowy. Lewus zajął się rozlewaniem alkoholu. Cieszyłam się widząc ich
wszystkich razem, jednak siedząc między Shade'em, a David'em czułam się
niezręcznie.
-
Jak się sprawują młodziki, Rob? - Skinął w moją stronę Lewus.
-
Nie najgorzej. Chyba do nich przywykłam. Są posłuszni i mili.
-
Masz ich już ponad miesiąc, a nie szykują ci żadnego przeniesienia.
-
Bo już go nie dostanę. Teraz co najwyżej mogą chcieć mnie wykopać, ale dziękuję
Jose, że sprawdzasz.
-
Zawsze was pilnuję. Wiesz, że to się nie zmieni. Łysy na przykład w przyszłym
tygodniu leci do Nowego Jorku, Lewus bez zmian, Shade musi teraz zawiesić
działalność, albo się przenieść, a Blada jest czysta.
-
Ta... Złapałam jakiegoś urzędasa i udaję wzorową kurę domową. Gorzej, że facet
chce mieć dzieci.
-
Hej! Gratulacje! Nie wiedziałam...
-
Nie ma czym się chwalić. Jakoś trzeba żyć... - Posmutniała. Skarciłam siebie w
duchu. Nie potrzebnie się odezwałam. Przecież wiedziałam, że Melba zawsze czuła
coś do Kołka, który nigdy tego nie zauważył, a teraz jej wszelkie nadzieje
prysły.
-
Co zamierzasz Robin? - Shade miał bardzo poważny wyraz twarzy.
-
Nie wiem...