wtorek, 29 grudnia 2015

Spotkanie



            Mijał dzień za dniem, a ja zaczynałam popadać w rutynę. Te same miejsca, te same czynności o stałych porach, aż nadszedł TEN dzień. Obudziłam się wieczorem, czując dreszcze na całym ciele. Bałam się jak jasna cholera, jednoczenie czując podekscytowanie na myśl, o zobaczeniu Shade'a. Zanim podniosłam się z łóżka, by wbić się w monotonny ciąg, zamknęłam oczy, palcami powoli wędrowałam po swoich wargach, wspominając smak jego ust. Przerwałam, zrywając się gwałtownie. To nie była pora na sentymentalność. Uzbroiłam się jak co dzień i wyszłam z pokoju. Na stołówce jak zawsze powitał mnie gwar tłumu, wśród którego udało mi się odnaleźć wolny stolik, gdzie zjadłam kolację. Moja grupa czekała już na mnie przy jeepie. Nocna służba dłużyła się bardziej niż zwykle, na dodatek miałam problemy z koncentracją.
            - Szefowo. - Sprowadził mnie na ziemię Steven.
            - Co jest Młody?
            - Przerwa na dymka?
            - Mogę też? - Uprzedziło mnie ciche pytanie Nicolasa.
            - Krecik? Serio? - Odezwał się zbulwersowany Peter.
            - Ha ha ha. To może wszyscy się zbierzemy?
            - A co z patrolem?
            - Daj spokój! Nawet jeśli coś się stanie, będziemy mieli czas na reakcję. Migiem mi wszyscy na plac.
            Steven dorobił się już swojej paczki i ochoczo wszystkich poczęstował. Nie mogłam odmówić, zwłaszcza, że wczoraj wypaliłam ostatnie papierosy. Nicolas rozkaszlał się przy pierwszym buchu, co rozśmieszyło nawet Petera.
            - Robin... - Odezwał się nieśmiało Gbur, gdy przestaliśmy się śmiać. - Chciałem przeprosić... Jesteś w porządku.
            Przechyliłam głowę na bok, analizując jego wypowiedź, jednak nie byłam w stanie jej do końca zrozumieć, więc poprosiłam o wyjaśnienie.
            - Bo... Ja myślałem, że jesteś zwykłą zadufaną dziunią, ale ty nie jesteś jak inne kobiety... Jesteś lepsza nawet od naszego poprzedniego szefa.
            - Mówiłem głąbie, że będzie od niego lepsza!
            - Cicho Stev! - Warknął. - To ja namówiłem chłopaków na test... Myślałem, że cie załatwimy i zrezygnujesz, albo nas opierdolisz i będziemy mogli prosić o kolejną zmianę.
            - Za co miałabym was opierdalać? Mieliście prawo mi nie ufać. Jeśli mam być szczera, to byłam gorszym wychowankiem od was. Byłam chyba jedyną osobą, która potrafiła wyprowadzić naszego przełożonego z równowagi, a był najbardziej opanowaną osobą, jaką znałam.
            - Łooooł... Szefowa była rebelem?
            - Cóż... Nagrabiłam sobie trochę w SOFTS. A zmieniając temat... Jadę popołudniu do miasta, coś wam kupić?
            - Fajki! - Zawołał wesoło Steven, podnosząc rękę nad głowę.
            - Mogę prosić o zieloną herbatę? Nie mają jej na stołówce...
            Wszyscy spojrzeliśmy na Nicolasa, na co ten się zawstydził.
            - Dobra! Zielona herbata dla Krecika, a ty Młody, jakie chcesz te papierosy?
            Po powrocie chciałam się jeszcze zdrzemnąć, lecz nie mogłam zmrużyć oka. Przeleżałam pół godziny, po czym wyszłam. Odebrałam kluczyki od samochodu, który został mi użyczony przez SOFTS - nie był to McLaren, ale grunt, że w ogóle coś mi dali. Pojechałam do centrum, gdzie znalazłam pierwszy lepszy market. Kupiłam herbatę Krecikowi, papierosy Młodemu i sobie, a później pojechałam w wyznaczone miejsce, skąd kanałem miałam dojść do piwnicy laboratorium. Cieszyłam się, że ta część kanałów była nieczynna, bo dzięki temu szłam suchą drogą, nie musząc brodzić w wodzie. Gdy doszłam do końca, zobaczyłam, że kratka jest zdjęta. Weszłam po drabince. Ledwie wyjrzałam z kanału, moim oczom ukazała się Melba.
            - Bobie! Całe wieki cie nie widziałam! - Złapawszy moją rękę, wyciągnęłac mnie z dziury i przytuliła na powitanie. - Zawsze byłaś taka ładna?
            - Nie była.
            - Przytkaj się Lewy. - Burknął Łysy.
            Shade odchrząknął i dopiero wtedy go zauważyłam. Uśmiechnęłam się, gdy nasze oczy się spotkały.
            - Brakuje mi was... - Wyszeptałam nieśmiało.
            - Ach! - Zawołała Blada, znów mnie tuląc. - Czy ona nie jest urocza?
            - Jest. - Potwierdził Shade, idąc w naszym kierunku. Gdy był wystarczająco blisko, odsunął Melbę i zajął jej miejsce. - I dlatego uważam, że jestem szczęściarzem.
            - Mam piwo. - Kołek zastukał butelkami.
            - A ja mam flaszkę! - Zawołał Lewus. - To co pijemy? - Szczerzył się, machając butelką wódki.
            Usiedliśmy obok jakichś szafek, Melba wyciągnęła z torebki plastikowe kubeczki oraz sok pomarańczowy. Lewus zajął się rozlewaniem alkoholu. Cieszyłam się widząc ich wszystkich razem, jednak siedząc między Shade'em, a David'em czułam się niezręcznie.
            - Jak się sprawują młodziki, Rob? - Skinął w moją stronę Lewus.
            - Nie najgorzej. Chyba do nich przywykłam. Są posłuszni i mili.
            - Masz ich już ponad miesiąc, a nie szykują ci żadnego przeniesienia.
            - Bo już go nie dostanę. Teraz co najwyżej mogą chcieć mnie wykopać, ale dziękuję Jose, że sprawdzasz.
            - Zawsze was pilnuję. Wiesz, że to się nie zmieni. Łysy na przykład w przyszłym tygodniu leci do Nowego Jorku, Lewus bez zmian, Shade musi teraz zawiesić działalność, albo się przenieść, a Blada jest czysta.
            - Ta... Złapałam jakiegoś urzędasa i udaję wzorową kurę domową. Gorzej, że facet chce mieć dzieci.
            - Hej! Gratulacje! Nie wiedziałam...
            - Nie ma czym się chwalić. Jakoś trzeba żyć... - Posmutniała. Skarciłam siebie w duchu. Nie potrzebnie się odezwałam. Przecież wiedziałam, że Melba zawsze czuła coś do Kołka, który nigdy tego nie zauważył, a teraz jej wszelkie nadzieje prysły.
            - Co zamierzasz Robin? - Shade miał bardzo poważny wyraz twarzy.
            - Nie wiem...

środa, 23 grudnia 2015

Stabilizacja



            Po zjedzeniu obiadu na stołówce, próbowałam jeszcze się zdrzemnąć przed nocną zmianą, jednak wierciłam się z boku na bok, nie mogąc znaleźć wygodnej pozycji. Przypomniałam sobie o kopercie, która dalej leżała na parapecie. Nie byłam przekonana, ale może rzeczywiście powinnam sprawdzić, co jest w środku. Data,  godzina i miejsce, a na dole małej karteczki podpis "Jose".
            Kilka godzin przed zachodem słońca rozległo się pukanie do moich drzwi. Podeszłam, by otworzyć i ujrzałam swoich podopiecznych. Wszyscy uśmiechali się, pełni zapału do pracy, lecz jeden z nich był wyraźnie bardziej podekscytowany.
            - Meldujemy się zwarci i gotowi do patrolu.
            Złapałam pasek i szelki z bronią, którą już wymieniłam u Lewusa. Wyszłam razem z nimi. Opuściliśmy budynek mieszkalny, kierując się na parking. Jeden z mężczyzn miał przydzielony samochód terenowy, którym dojechaliśmy do magazynów, gdzie mieliśmy pełnić wartę. Przy bramie głównej czekała na nas grupa z porannej zmiany. Ich dowódcą był Keith Campbell, którego miałam okazję wcześniej poznać, gdyż często współpracował z Shade'em.
            - Robin! Czemu cie osadzili? Teren jest już spokojniejszy?
            - Zbierzcie raport i zajmijcie pozycje. Informować mnie na bieżąco.
            Moja grupa rozmówiła się z drugą, po czym rozbiegli się po terenie magazynów, a ja odeszłam ze znajomym na bok.
            - Nie mam pojęcia co się dzieje teraz w terenie, ale to raczej nie przez to mnie tu przydzielili... Chyba dalej jestem na warunkowym.
            - Zamiast ci dobrać takich ludzi, jak wtedy, albo reaktywować wasz zespół... Jesteś najlepszym żołnierzem SOFTS od kiedy organizacja została założona.
            Podziękowałam za komplement i pożegnałam się z nim. Weszłam na teren.
            - Raport. Pierwszy sektor, zgłoś się.
            - Matis, zgłaszam się. Teren czysty.
            - Sektor drugi, zgłoś się.
            - Nicolas, zgłaszam się. Teren czysty.
            - Sektor trzeci, zgłoś się.
            - Peter, zgłaszam się. Czysto.
            - Sektor czwarty.
            - Steven, zgłaszam się. Cisza i spokój.
            - Sektor centralny mój. Wszyscy zostajemy w stałym kontakcie. Po patrolu zbiórka w sali 437. Obecność obowiązkowa.
            Zaczęłam swój spacer wokół budynku znajdującego się pośrodku całego obiektu. Magazyn należący do SOFTS jest wykorzystywany do składowania i opracowywania broni eksperymentalnej, czy pojazdów bojowych. To wszystko jest ulokowane w budynkach sektorów jeden, dwa, trzy i cztery, natomiast w sektorze centralnym mieści się laboratorium, w którym część z żołnierzy została "ulepszona" genetycznie. Ci przerobieni są odporniejsi na zmęczenie, ból, głód; mają większą siłę fizyczną, bardziej wyostrzone zmysły. Również ich poziom inteligencji jest podniesiony, ale tylko nieznacznie od poziomu wyjściowego.
            Czas mijał powoli. Zaczęła mi dokuczać nuda. Walczyłam z chęcią spojrzenia na zegarek. Wolałam nie wiedzieć, która jest godzina. Modliłam się w duchu o konieczność interwencji, aż nagle usłyszałam szybkie kroki ciężkich, wojskowych butów na dachu budynku. Przysunęłam się do ściany. Kroki ucichły. Przesunęłam się bliżej miejsca, gdzie zatrzymał się intruz. Zeskoczył na ziemię tuż przede mną. Ubrany na czarno mężczyzna, o masywnej posturze, podobnej do Max'a.  Kiedy ujrzałam jego profil, moja postawa zelżała.
            - Łysy? - Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Mój przyjaciel, który zawsze golił głowę do zera, był teraz kompletnie zarośnięty. Jego blond włosy do ramion i broda, zmieniły jego wygląd, przez co ledwie go rozpoznałam.
            - Bobi!
            - Cicho... - Syknęłam.
            - Wybacz. Kołek powiedział,że wróciłaś, a Lewus marudził, że nie przeczytałaś notki.
            - Przeczytałam.
            - Przyjdziesz? Będą wszyscy. Kołek namówił nawet Despotę, choć było ciężko.
            - Jestem ciągle obserwowana. Nie wiem, czy powinnam.
            - Wszyscy jesteśmy obserwowani tak samo, Rob. Dlatego zajął się tym Kołek. Znalazł kilka miejsc, w których nikt nas nie widzi i o dziwo ten teren jest takim miejscem.
            - CO?!
            - Piwnica laboratorium.
            - Dlatego chcecie się tu spotkać w ciągu dnia? Bo mogę zostać po patrolu?
            - Nie możesz tu zostać.
            Staliśmy w miejscu, gdzie żaden chłopak z mojej grupy nie mógł nas zobaczyć, ale i tak obawiałam się, że któryś nas przyłapie. Wtedy oboje moglibyśmy mieć poważne kłopoty.
            - Jak to?
            - Chodzi o to, żebyś wróciła do pokoju, przekimała choć kilka godzin i wtedy dopiero wyszła pod byle pretekstem. Możesz nawet udawać, że idziesz po fajki. Ty będziesz miała problem z zakradnięciem się tutaj, ale żeby było łatwiej... Masz. - Wręczył mi złożoną na dwa razy kartkę. - Swoją drogą... Wyładniałaś Robin.
            - Dzięki. Ty też lepiej wyglądasz.
            - Zazdroszczę Shade'owi.
            - David...
            - Wiem, wiem. - Cmoknął mnie szybko w policzek i uciekł, jak dziecko.
            - Szefowo! - Usłyszałam w stacji głos podopiecznego.
            - Co jest Steven? Coś w sektorze?
            - Nie... Tylko cisza, spokój i nuda, ale... Masz może przy sobie jakieś papierosy?
            Zaczęłam się śmiać idąc w stronę czwartego sektora. Akurat zostały mi dwa ostatnie papierosy. Spaliliśmy, pozwalając sobie na dość przyjemną i swobodną rozmowę, po tym wróciliśmy na swoje pozycje. Do rana nie wydarzyło się już nic. O dziesiątej czekaliśmy zniecierpliwieni przy bramie na drugą zmianę. Matis szybko zdał raport i wsiedliśmy do terenówki. Po przyjeździe od razu spędziłam ich do sali 437. Słysząc ich marudzenie, przypomniało mi się, jak myśmy narzekali, gdy Shade zwoływał zebrania.
            - Wiem, że jesteście zmęczeni. Uwierzcie, też mi się nie chce, ale chciałabym was prosić, żebyście zastanowili się nad jakimiś ksywkami dla siebie. Możemy pomyśleć o tym teraz wspólnie, albo przełożyć zebranie na później. Szczerze... To chyba sama wolałbym się przespać. Więc jak? Co robimy?
            - Szefowo! Spać! - Zaśmiałam się, widząc zmęczenie Steven'a.
            - Dobra. Rozejść się! I każdy obowiązkowo ma się wyspać. - Uśmiechnęłam się do nich, uświadamiając sobie, że Kołek miał rację. Byłam zagubiona, ale pomimo tego, wiedziałam co muszę robić, a czego się wystrzegać. Ci ludzie nie byli niczemu winni. Nie mogłam być dla nich niemiła.

poniedziałek, 23 listopada 2015

Grupa



            Paplanina. Długa, bezsensowna przemowa, chwaląca wszystkich i nikogo. Ludzie siedzący za drogimi biurkami, którzy przesuwają pionkami na planszy w grze, w której nie ma zasad. Nikt nie może wygrać, ani przegrać, a każdy zbity pionek jest zastępowany nowym. Obie strony oszukują, jak mogą, o ile można to robić, gdy reguły nie istnieją.
            - ... kolejne zwycięstwo!
            Bzdura. To tylko kolejny początek końca. Wysuwamy się na prowadzenie, gdy innym powinie się noga. Dlatego nie można pozwolić sobie na chwilę zwątpienia, czy opuszczenie gardy.
            Stoję pośród szarych żuczków, utożsamiając się z nimi. Postępują bezmyślnie, ślepo wierząc w słuszność decyzji przełożonych. Zaczynają klaskać, gdy prezes kończy swoją mowę. Tylko ja stoję niewzruszona, sztywna niczym zimny posąg. Owacje cichną i wszyscy wychodzą. Wolno i bez przekonania idę do jednej z sal. W środku czekają na mnie cztery nowe twarze.
            - Nazywam się Robin. Od teraz będę waszym dowódcą. - Mam chłodny i opanowany głos. - Chciałabym, żebyśmy się ze sobą zapoznali. Komunikacja to podstawa współpracy. Od jutra zaczniemy patrole magazynów w północnej części miasta. Mamy współpracować z inną grupą, której dane zostały wam wcześniej przekazane. Zostały nam przydzielone nocne służby przez co najmniej najbliższy miesiąc, dlatego proszę, abyście przeznaczali większość dnia na odpoczynek. Zwartość i gotowość do akcji jest niezbędna, zwłaszcza w nocy. Nigdy nie wiadomo, co może się wydarzyć. Teraz oddaję wam głos. Niech każdy z was się przedstawi. - Uśmiechnęłam się subtelnie, by wzbudzić ich zaufanie.
            Zapamiętałam imiona czterech młodych mężczyzn, którzy nie wyglądali na przekonanych co do moich zdolności. Jeszcze nie tak dawno temu rzuciłabym im wyzwanie, aby udowodnić, iż jestem od nich lepsza, ale nie czułam takiej potrzeby. Rozeszliśmy się, każdy w swoją stronę. Mój pokój z szarymi ścianami oraz meblami wyglądał tak samo przygnębiająco, jak go zapamiętałam. Usiadłam na parapecie, wpatrując się w zespół budynków, gdy nagle ktoś wszedł go środka. Znajoma dłoń spoczęła na moim ramieniu.
            - Co jest Robin? Chodzi o... - Urwał, a ja milczałam. Nawet nie zerknęłam na Kołka, uparcie wbijając wzrok w przestrzeń za szkłem. Złapał moją rękę, wkładając w nią białą kopertę. - Jesteś tą samą, zagubioną w sobie dziewczyną, ale tym razem już znasz otaczający cie świat. Wiem, że wykorzystasz tę wiedzę. - Pogłaskawszy mnie po głowie, odszedł.
            Dom? Nie mogłam się do tego przyzwyczaić. Walczyłam, żeby tu wrócić, ale już nie chciałam tu być. Odechciało mi się zemsty. Odechciało mi się zbierania wszystkich. Nie tutaj. To już nie był ten sam dom. Pełno nowych twarzy, suche rozkazy... Coś kuło mnie w serce, gdy widziałam tych wszystkich dogadujących się ze sobą żółtodziobów, myślących, że są w stanie osiągnąć wszystko. Miałam ochotę krzyknąć "gówno prawda", ale i tak nikt by się tym nie przejął. Brakowało mi Max'a z jego głupimi dowcipami, Jacob'a, który traktował mnie jak młodszą siostrę, ale przede wszystkim usychałam z tęsknoty za Shade'em. Bo tylko on rozumiał czego tak na prawdę się bałam, on wiedział wszystko.
            Następnego dnia, jeszcze przed południem poszłam do gabinetu dyrektora grup 1-12, generała Frank'a Dixon'a, by odebrać swoje zezwolenie na broń, a z tym świstkiem papieru udałam się do zbrojowni naszego wydziału. Po przekroczeniu progu, zza lady wyskoczył szczerzący się, ciemnowłosy mężczyzna, o atletycznej budowie ciała. Zakleszczył mnie w swoim niedźwiedzim uścisku.
            - Dawnośmy się nie widzieli Rob.
            Coś we mnie pękło. Łzy potoczyły się cienkimi strużkami. Zaczął głaskać moje włosy i robił tak, dopóki się nie uspokoiłam.
            - Robin. - Złapał mnie za brodę, patrząc mi prosto w oczy. - Przeczytaj ten list. - Zabrał moje zezwolenie, które kurczowo ściskałam. Poszedł w głąb pomieszczenia i wrócił z dwoma glockami, szelkami na broń i paskiem obładowanym zapasową amunicją. - A teraz leć na piątkę. Te wymoczki chcą cie sprawdzić. Wiem, że ci się nie chce, ale ugadali się już z dyrciem.
            Zrobiłam, jak powiedział - poszłam na strzelnicę. Zatrzymałam się jednak przed drzwiami. Strzelnica numer pięć różniła się od normalnych, gdyż tylko na niej nie strzelało się do tarcz, a do żywych celów. Obowiązywały tu specjalne naboje z farbą. Sprawdziłam pistolety i naboje, które dał mi Lewus. Wiedział, że tu pójdę, a to oznaczało, że będę musiała iść później do niego, po ostre naboje.
            Nadstawiłam ucho. Grali nieczysto. Byli już poukrywani za filarami, murkami, czy innymi dodatkowymi gratami. Wnętrze przypominało duże, w połowie puste wysypisko śmieci. Nie mogłam wejść od razu się gdzieś chowając, gdyż nie zrobiłoby to na nich żadnego wrażenia. Jestem na wyższym poziomie niż oni, więc sama przed sobą bym się wstydziła, gdybym tak zrobiła. Otworzyłam drzwi, wchodząc tak, jak weszłam wczoraj do sali, z tą różnicą, iż zatrzasnęłam za sobą drzwi. Zrobiłam cztery kroki i usłyszałam ruch z prawej strony z tyłu. Przy piątym kroku wyciągnęłam pistolety, odwracając się twarzą do jednego z czterech celów. Odchyliłam plecy, stawiając nogę w tył i obniżając środek ciężkości. Lewą rękę wyciągnęłam w stronę, w którą patrzyłam, prawą celując w mężczyznę, chowającego się z drugiej strony za murkiem. Pociągnęłam za spusty. Jeden pocisk przeleciał nad moją głową, drugi tuż przed moim nosem. Cel spod lewej ręki wyeliminowany, ale drugi tylko draśnięty. Puściłam się biegiem wgłąb strzelnicy, przyspieszając i zwalniając, bez wpadania w żaden rytm, by utrudnić trafienie mnie. Słyszałam szepty i trzeszczenia krótkofalówek. Wślizgnęłam się pod starego jeepa, mając pewność, iż stracili mnie z oczu.
            - Matis odpadł... Kim ona jest?
            - Spokojnie. Robi tu trochę dłużej, ale nas jest więcej. Nie da sobie rady.
            Jeden z nich zmierzał w moją stronę, depcząc po dachach ledwo stojących budynków. Przygotowawszy się do szybkiej zmiany kryjówki, wymierzyłam i oddałam celny strzał. Farba rozbryznęła się na środku jego czoła.
            - Martwy! - Zawołał, podnosząc rękę.
            Czmychnęłam spod samochodu. Przebiegając między górą złomu i murkiem oddałam strzał do mierzącego już do mnie faceta. Nabój trafił w klatkę piersiową, zostawiając tam wielką plamę. Trzech z głowy, został jeszcze jeden. Wskoczyłam przed okno do budynku. Wbijając się w kąt przy wyjściu, szukałam go w tym wielkim hangarze. Potrzebowałam jego jednego błędu, aby zakończyć to jak najszybciej. Choć najdrobniejszy szmer. Gdzieś od strony wejścia na strzelnicę potoczył się kamyczek. Uśmiechnęłam się do siebie pod nosem. Wybiegłam, strzelając trzy razy w przeciwnym kierunku i tak czwarty cel został zestrzelony, a był nim mężczyzna już wcześniej przeze mnie postrzelony.
            - Skąd... Jak... - Dukał zaskoczony.
            - Doświadczenie i talent. Nic nie bierze się z niczego. Wolałabym mieć wasze zaufanie i nie być wystawiana na próbę. Mam nadzieję, że teraz jest dla was jasne, czemu mogę pełnić rolę dowódcy. Pytania?
            - Nauczysz nas tych sztuczek? - Jeden z nich był widocznie podekscytowany całym zdarzeniem. To ten zestrzelony na dachu.
            - Sztuczek? Nie używałam żadnych. To kwestia koncentracji, zaufania do własnych zmysłów oraz znajomość swojego ciała. Jesteście żołnierzami SOFTSu, więc jeśli jeszcze tego nie umiecie, albo niebawem to opanujecie, albo zginiecie i zostaniecie zastąpieni. - Mój lodowaty ton nawet u mnie wywołał nieprzyjemny dreszcz.